Uporządkowanie zdjęć jest dość żmudne, więc jeszcze trochę czasu mi zabierze, a tymczasem, żeby nie było nudno wrzucam filmik. Młodzież na bębnach jak widać bardzo cieszyła się obecnością kamery...
Jak to blog - refleksje i przypowieści oraz wszystko, co mi po głowie chodzi w wolnym czasie.
niedziela, 2 września 2012
środa, 29 sierpnia 2012
Zdjęcie tygodnia #2 (8 - 14 sierpnia): adi tiruwila
Znakiem
rozpoznawczym Tamilnadu były dla mnie zawsze wielkie świątynie z
wielopiętrowymi kolorowymi gopurami, ociekającymi bogactwem rzeźby
mandapami i lepiącymi się od najrozmaitszych oparów i
wielowiekowego syfu wewnętrznymi przybytkami. Tym bardziej gdy
myślałam o południowoindyjskim hinduizmie, czy świątynnym
święcie, siłą rzeczy narzucał mi się obraz imponującego, około
tysiącletniego kompleksu, nieraz skandalicznie zagospodarowanego i
nonszalancko pokrytego współczesnymi szkaradnymi malunkami, ale
wciąż zachowującego swoją godność i monumentalność. Tym
bardziej, że na taką dużą świątynię, której początki giną
gdzieś w mrokach dziejów, można tu trafić praktycznie w każdej
wsi, a czasem prawie w szczerym polu.
Tymczasem
poza tymi wielkimi, słynnymi obiektami istnieje jeszcze niezliczona
masa małych świątynek, często o rozmiarach niedużej kapliczki.
Oczywiście byłam zawsze świadoma ich istnienia – chodząc po
mieście na piechotę mijałam ich bardzo wiele – ale nigdy nie
przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. No, może poza boginią w
Puduććeri z rozprutym niemowlakiem na kolanach... Ogólnie jednak
nie są to szczególnie ciekawe obiekty. Architekturą przypominają
szopkę na szpadle, ozdobione są niezbyt atrakcyjnymi estetycznie
gipsowymi rzeźbami pomalowanymi kiepskiej jakości farbami. Ponadto
w dzień powszedni nic się tam nie dzieje (w większej świątyni
ktoś przynajmniej odprawia ofiarę, da popiołek, albo coś, zawsze
jakaś atrakcja dla turysty jest) i można łatwo ulec wrażeniu, że
to rzeczywiście tylko kapliczki, którymi nikt się za bardzo nie
zajmuje.
Tak
jednak nie jest. Mimo niepozornego wyglądu są to świątynie w
pełnym tego słowa znaczeniu. Jak ważną rolę odgrywają w
religijnym (i nie tylko) życiu lokalnej wspólnoty, przekonać się
można zwłaszcza w czasie dorocznych świąt. Wówczas człowiek
uczy się raz na zawsze: nigdy nie lekceważ hinduskiej świątyni,
nawet jeśli wygląda jak szopka na szpadle!
Kiedy
przyjechałam do Tamilnadu, była właśnie połowa miesiąca o
wdzięcznej nazwie „adi” (āṭi, w nomenklaturze
sanskryckiej – āṣāḍha).
W miesiącu tym dają o sobie znać świątynie bogiń. Obchody
potrafią być zaskakująco widowiskowe i przyciągają tłumy ludzi,
świątynka zaś obstawia się głośnikami i niemal całą dobę
raczy okolicę nabożnymi pieśniami, żeby wszyscy mogli
uczestniczyć w doniosłości wydarzenia. Hałasowi temu zawdzięczam
wiele bezsennych chwil, ale też odnalezienie świątyni w odległości
może 400 metrów od mojego mieszkania.
A
teraz po kolei, wszystko czego udało mi się dowiedzieć o święcie.
Będzie niestety bardzo wiele „chyba”, „prawdopodobnie” i
„wydaje mi się”, bo porządnej wiedzy nie posiadam, a nie chcę
wyciągać zbyt pochopnych wniosków, skoro mam tak mało własnych
doświadczeń.
Po
pierwsze, jak już napisałam, adi tiruwila* obchodzona jest w
świątyniach bogiń i niestety nie potrafię tego bardziej
doprecyzować. Wszystko, czego byłam świadkiem w Ćidambaram kręciło się
wokół świątyń Marijamman, ale też i nie widziałam tu świątyń
innych bogiń. Jedynym wyjątkiem jest znajdujący się na terenie
świątyni Nataradźi przybytek poświęcony jego małżonce –
Siwahami, ale tam nic się nie działo. Co nie znaczy, że nie mogło
dziać się np. przed moim przyjazdem.
W internecie, który w kwestii adi
tiruwili był wyjątkowo niechętny do udzielania konkretnych
informacji (choć wiele jest zdjęć i filmików), znalazłam kilka
tropów sugerujących, że święto jednak nie jest zmonopolizowane
przez Marijamman i jej wyznawców i obchodzi je się nawet w tak
dużych i ważnych ośrodkach jak świątynia Minakszi w Maduraju,
czy Kamakszi w Kańćipuram. Ale to tylko internet, który w
kwestiach świąt hinduskich potrafi człowieka nieźle wywieść w
pole. Poza tym nawet jeśli to prawda, pozostaje pytanie, czy jest to
wszędzie wydarzenie równie huczne jak to, co miałam okazję
oglądać. W końcu coś, co jest wielkim, albo nawet głównym
świętem w jednej świątyni może być wydarzeniem drugorzędnej
ważności w innej.
Po
drugie, jak sama nazwa wskazuje, święto obchodzone jest w adim, nie
ma jednak konkretnej daty. Różne świątynie obchodzą je w różnych
terminach. Nie wiem, od czego to zależy i czy jest to właściwie
coś istotnego. Nie wiem też, czy konkretna świątynia obchodzi
święto zawsze w tym samym terminie (oczywiście z punktu widzenia
kalendarza tamilskiego), czy też co roku jest on ustalany od nowa.
Ponadto, jak mi powiedziano, nie całe obchody muszą się mieścić
a adim, wystarczy, że święto się w nim zacznie. W praktyce nawet
to wydaje się być nie zawsze przestrzegane – owa świątynia
niedaleko mojego mieszkania zaczęła pierwszego dnia następnego
miesiąca, a ludzie nadal utrzymywali, że jest to adi tiruwila. Znów
jednak nie mam pojęcia jak bardzo wyjątkowy jest to przypadek.
Święto
trwa dziesięć dni. Tak przynajmniej mnie poinformowano i tyle
trwało jedyne, które obserwowałam od początku do końca – to
spóźnialskie. Jeśli tak jest rzeczywiście, wszystkie święta w
Ćidambaram, o których zdobyłam jakąkolwiek informację zaczęły
się w piątek. Nikogo o to jeszcze nie spytałam, ale wydaje mi się,
że kiedyś gdzieś czytałam, że boginie lubią piątki. Być może
stąd dziwny termin obchodów w pobliskiej świątyni. Może
ważniejsze było, żeby zacząć w odpowiedni dzień tygodnia, niż
koniecznie załapać się na właściwy miesiąc? Ale to zgaduj
zgadula.
W
pierwszy dzień wciągana jest flaga świątynna, która pozostaje na
maszcie przez cały czas trwania święta. Na wielkim ogłoszeniu
zapraszających wiernych na obchody (o tym w innym wpisie) dzień ten
identyfikowany jest jednak nie jako „dzień, w którym wciąga się
flagę”, lecz „dzień, w którym wiąże się kappy”, czyli
święty sznureczek. Kiedy stałam w tłumie podczas pierwszego dnia
spóźnialskich obchodów, ktoś życzliwy rzeczywiście mi o tym
wiązaniu sznureczka mówił. Ma to być znak, że dana osoba
uczestniczy właśnie w święcie i spożywa wyłącznie
wegetariańskie jedzenie. Prawdopodobnie też zachowują abstynencję
seksualną, choć o tym już informator nic nie wspomniał. Nie
dopytałam niestety, kto może sobie taki sznureczek zawiązać.
Każdy, kto chce, tylko członkowie lokalnej społeczności, czy może
tylko osoby zajmujące się daną świątynią?
W
kolejne dni, a właściwie noce, w świątyni obok mnie wystawiane
były mahabharatowe opowieści. Niestety nie miałam nigdy możliwości
uczestniczenia w tym wydarzeniu – właściciel budynku, w którym
wynajmuję mieszkanie zamyka bramę o dziesiątej, czyli dużo za
wcześnie, by można było się wybrać na przedstawienie. Słuchałam
ich za to chcąc nie chcąc codziennie – doskonałe nagłośnienie
umożliwiało podziwianie całkowicie niezrozumiałych dialogów i
piosenek mniej więcej do trzeciej nad ranem. Znów zastrzegam –
nie wiem, czy to reguła. Co prawda uświadomiono mnie na
warszawskiej indologii co nieco jeśli chodzi o rolę ludowych
przedstawień opartych na Mahabharacie w kulcie bogiń w Tamilnadu,
ale wydawało mi się, że chodzi bardziej o kult Draupadi, której
święto odbywa się w innym miesiącu... Z drugiej strony ktoś
gdzieś kiedyś wiązał Draupadi z Marijamman, podobno. Wiem,
skomplikowane to trochę.
W
przedostatni dzień odbyła się procesja, w której bogini była
uroczyście obwożona kilka godzin bo raptem kilku uliczkach na
krzyż. Tu niestety już miałam problemy ze zdrowiem i przegapiłam
to wydarzenie.
Punktem kulminacyjnym obchodów
jest ostatni dzień, kiedy to odbywa się timidi tiruwila. Timidi znaczy
dosłownie chodzenie po ogniu (tī
= ogień, miti = chód, więc może raczej „ogniowy chód”...) i
to właściwie w pełni wyjaśnia istotę tego obrzędu. Jeszcze może
tylko gwoli ścisłości warto dodać, że chodzi się nie tyle po
ogniu, ile po rozżarzonych węglach. Nie mniej żar jest taki, że
praktycznie nie da się podejść na odległość kilku metrów.
Poza chodzeniem po żarze wierni
wystawiają swoje ciało na inne próby, by ucieszyć boginię,
przede wszystkim przekłuwają się drutami i hakami. Na timidi, na
którym byłam, bhaktowie nakładali kawadi (coś co się niesie,
nakłada, lub obciąża się tym w dowolny inny sposób; na pewno
jeszcze o nim napiszę, najpóźniej w lutym), które podtrzymywało
liczne miniaturowe włócznie przekłuwające ich pierś (na
zdjęciu). Wcześniej inni wyznawcy obwożeni byli po ulicach miasta
wisząc na hakach wbitych w ciało na plecach.
Ze wszystkimi tymi praktykami
spotkać się można nie tylko na adi tiruwili. Różnego rodzaju
samookaleczanie się wydaje się być jedną z podstawowych cech
południowoindyjskiego ludowego hinduizmu i podejrzewam, że jeszcze
kilka razy tego typu historie mogą się na tym blogu pojawić. Nie
będę ukrywać, że oglądane na żywo, rzeczy te mogą naprawdę
szokować. Nie mniej niż ekstaza niektórych wiernych, którzy mogą
zdradzać objawy opętania – jeden człowiek zaczął się rzucać
kilka kroków ode mnie, co wystraszyło mnie bardziej niż wszystko
inne razem wzięte.
*W języku tamilskim wszystko, co
nie jest istotą rozumną, jest rodzaju nijakiego i zazwyczaj staram
się przenieść to na język polski. Czasem jednak podświadomie
narzuca się co innego. W sumie dopiero pisząc tę notkę
uświadomiłam sobie, że zawsze mówiłam i myślałam „ta wila”
i „ta tiruwila”. Na razie więc macham na to ręką i tak to
zostawiam.
P.S. W ciągu kilku dni dorzucę
obrazkowy aneks do wpisu.
środa, 22 sierpnia 2012
Zdjęcie tygodnia #1 (1 - 7 sierpnia): saptaća?
Nie
ma wyjścia, mój pierwszy wpis z Tamilnadu będzie o jedzeniu. Nie
dlatego, że – co wie każdy, kto zna mnie osobiście – jestem
jedzenia wielką miłośniczką i ochoczą degustatorką. Nawet nie z
tego powodu, że kuchnia południowoindyjska jest tak specyficzna i
od razu przykuwająca uwagę, choć to też po części prawda.
Główną przyczyną tego wpisu jest to, że strefa gastronomiczna
wyjątkowo spektakularnie wdziera się tutaj we wszelkie interakcje.
Mówiąc prosto – Tamilowie wszędzie i w każdych okolicznościach
rozmawiają o jedzeniu. Przynajmniej, gdy rozmawia się z nimi po
tamilsku.
Zjawisko
to nie jest dla mnie wcale taką wielka nowością. Już dwa lata
temu podczas pobytu w Puduććeri śmiałyśmy się z koleżankami,
że tamilskie „saptaća?”, czyli w wolnym tłumaczeniu „czy
jadłaś?”*, można by równie dobrze przełożyć jako „dzień
dobry”. Codzienne, swobodne rozmowy zaczyna się prawie zawsze tymi
słowami. Coś jak nasze „co słychać?” lub „jak leci?”. Z
tą różnicą, że u nas można zamknąć temat zdawkowym
„normalnie”, czy „a, nic nowego” i cała wymiana zdań
pozostaje czystym rytuałem, grzecznościową formułką. W Tamilnadu
nie ma tak dobrze.
Jeśli
odpowiemy twierdząco, że tak, jedliśmy, trzeba będzie jeszcze
powiedzieć dokładnie co i gdzie. Jeśli jakiś szczegół w naszym
raporcie wyda się rozmówcy dziwny (np. jest pora obiadu, a my
mówimy, że zjedliśmy mango, albo jesteśmy dziewczynką, a
twierdzimy, że zjedliśmy w stołówce), zostaniemy poproszeni o
dalsze wyjaśnienia. Jeśli powiemy, że nie, nie jedliśmy, będziemy
musieli wytłumaczyć dlaczego. W obydwu sytuacjach rozmówca może
zechcieć porozmawiać nieco dłużej o naszych ogólnych obyczajach
żywieniowych. W moim przypadku ludzi szczególnie interesuje, czy
gotuję sobie sama, a także co je się w Polsce (nie
uwierzylibyście, jak trudno to wytłumaczyć! I jak straszne mogą
być konsekwencje, gdy ktoś potem chce być miły i w oparciu o
nasze tłumaczenia coś „polskiego” nam przyrządzić...).
Na
początku nieco to dziwi. Wypytuje bowiem nie tylko sąsiad i
koleżanka z klasy, ale naprawdę każdy z kim się rozmawia, nie
wyłączając ekspedienta rozkładającego przed nami modne sari z
ostatniej dostawy, kapłana w świątyni i urzędnika w biurze
odsyłającego nas do innego działu. W Puduććeri witała mnie tak
właścicielka kafejki internetowej, do której często zaglądałam.
Nie pytał mnie chyba tylko konduktor w autobusie, ale to
prawdopodobnie dlatego, ze konduktorzy w autobusie w ogóle są
specyficzną, niewypytującą grupą ludzi.
Potem,
kiedy już człowiek wie, że to taki zwyczaj, trochę to bawi, że
dla wszystkich to tak fascynujące, czy idli na śniadanie zjadłam z
sosem kokosowym, czy pomidorowym i to, że sami przykładają starań
by wszystko sumiennie wymienić. Następnie przychodzi rozdrażnienie.
No bo co do cholery tych ludzi obchodzi co ja jem? Jeszcze trochę i
będą mi w talerz zaglądać. Trochę można sobie pogadać,
poćwiczyć tamilski – w końcu to nietrudne zwroty, wszystko
sprowadza się do odpowiedniego słownictwa – ale żeby dzień w
dzień spowiadać się z każdego posiłku, to już dla dzikiej
białej Polki jest atak na jej prywatność. Tyle tylko, że granice
prywatności są tu dość dziwne...
W
tym wszystkim zwraca uwagę jeszcze jedna rzecz. Podczas gdy
opowieści o tym, co się jadło wydają się być podstawą
codziennej komunikacji, sam posiłek jest wydarzeniem zaskakująco
mało społecznym. Człowiek siada, je, wstaje i sobie idzie.
Wszystko szybciutko jak – przepraszam za niesmaczne porównanie –
wizyta w publicznej toalecie. Je się samemu i nie zwraca uwagi na
innych. Nie mówię tu tylko o stołówkach, gdzie raczej zrozumiałe,
że obcych się nie zaczepia. Nawet będąc kilka razy zaproszoną na
taką, czy inną uroczystość, mogłam obserwować to samo. Ludzie
siedzieli przy długich stołach, jeden obok drugiego, a jakby każdy
siedział sam. Koleżanki z klasy, tak żywo zainteresowane moją
dietą, jak dotąd ani razu nie zechciały mi towarzyszyć przy
posiłku, choć pewnie w dużej mierze dlatego, że jako niewiastom
nie przystoi im jeść „na zewnątrz”. Jedząc w domu sąsiadki,
w towarzystwie jej córki i innej dziewczyny, też czuję się jak w
barze szybkiej obsługi.
Dopiero
w towarzystwie innej bladej twarzy mogłam zaznać wytęsknionej już
po tak krótkim pobycie przyjemności, jaką jest wspólny obiad
polegający na siedzeniu naprzeciwko siebie przy stole ponad godzinę,
próbowaniu nawzajem zamówionych dań i rozmawianiu o wszystkim i
niczym. Ale żeby to było możliwe, trzeba było zrezygnować z
„prawdziwej” tamilskiej jadłodajni, gdzie nie da się uniknąć
presji szybko jedzących i wstających od stołu ludzi wszędzie
dookoła. Musieliśmy udać się do drogiej restauracji, w której
było zimno jak w lodówce, a i tam kelner prawie nas przeganiał. My
się zastanawialiśmy, czy może wziąć jeszcze lody, soczek albo
herbatkę i ględzić dalej, a pan w czarnej muszce już wciskał
rachunek.
Ale
żeby nie było, że marudzę, trzeba zaznaczyć, że jedzenie
południowoindyjskie jest bardzo smaczne. Na pewno doczeka się
jeszcze kilku wpisów, za jakiś czas.
Wniosek:
jeśli ktoś chciałby opanować tamilski na poziomie podstawowym,
zaraz po przyswojeniu zwrotów „nazywam się Marysia” i „jestem
z Polski” powinien natychmiast przejść do „zjadłam dwie dosy z
pomidorowym ćatnejem”, „nie jadłam śniadania, bo mam
rozwolnienie”, „nie gotuje sobie sama, bo szkoda mi czasu, wolę
poczytać książkę” i „to wszystko bardzo smaczne, ale nie
jestem przyzwyczajona jeść tyle na noc”.
Na
zdjęciu: mój pierwszy obiad po przybyciu do Ćidambaram,
przyrządzony przez sąsiadkę, która poczuwa się do opieki nade
mną.
*dla
zainteresowanych sprawami językowymi, saptaća, a konkretnie
cāppiṭṭāccā
(cāppiṭṭu
+ āccu + ā, coś w
stylu „zjadłszy czy jest” lub „zjadłszy czy się stało”)
jest tak naprawdę formą bezosobową i bardziej dosłownie
należałoby tłumaczyć to jako „czy zjedzono” lub „czy
jedzenie już się odbyło”. Ale oczywiście po polsku lepiej brzmi
forma osobowa. Dlatego we wpisie dałam „czy zjadłaś”, ale to
samo można wedle kontekstu przetłumaczyć jako „czy zjadłeś”,
„czy zjedliście”, „czy Pani zjadła” itp. Odpowiedź
twierdząca: saptaći (cāppiṭṭu
+ āccu). Odpowiedź
przecząca: saptale (cāppiṭa
+ illai).
W
następnym wpisie trochę hinduskiego folkloru.
czwartek, 26 lipca 2012
Stypendium indyjskie: prolog
Zauważyłam, że wśród stypendystów i innych podróżników o ambicjach poznawczych rozprzestrzenia się na powrót moda na klasyczne blogi-pamiętniki z nutką popularnonaukowego gaworzenia. Pomyślałam więc, że nie będę gorsza. Raz na jakiś czas można zaszaleć i zrobić coś mejnstrimowego. Dzisiejszy wpis nazwałam zaś prologiem, ponieważ wstukuję go jeszcze z Polski i zamierzam powspominać i pozwierzać się, krążąc wokół pytania jak trafiłam do Indii.
Odpowiedź nie jest zbyt zawiła - chyba nie da się iść na kierunek taki jak indologia i traktując go poważnie nie myśleć w ogóle o dłuższym wyjeździe. Stypendium marzyło mi się zawsze, tzn. od podjęcia decyzji o studiowaniu tamilskiego, a sam wyjazd jeszcze wcześniej. Od początku też przerwa między studiami licencjackimi i magisterskimi wydawała mi się najstosowniejszym momentem. Technicznie jednak pomysł był prawie niemożliwy do realizacji i fakt, że siedzę sobie dziś z tytułem licencjata i roczną wizą studencką zawdzięczam w dużej mierze kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności (przede wszystkim temu, że dwa lata z rzędu odbył się nabór do grupy tamilskiej, co zdarza się rzadko, a dzięki czemu po powrocie będę mogła normalnie kontynuować studia).
Właściwie aż trudno uwierzyć, jak wszystko ułożyło się po mojej myśli. Ostatnie miesiące kosztowały mnie sporo nerwów. Już pod koniec drugiego roku wiadomo było, że moje szanse na podjęcie studiów magisterskich zaraz po zdobyciu tytułu licencjata są znikome. Minimalna liczba osób potrzebna do otwarcia grupy językowej to trzy, a nas została dwójka. Tymczasem nasza katedra oficjalnie popiera tylko wyjazdy osób które kończą studia magisterskie. Nie wiadomo do końca jaki wpływ ma takie poparcie na pozytywne rozpatrzenie wniosku. Przede wszystkim jednak ICCR bardzo długo nie kwapił się z odpowiedzią. Wniosek złożyłam w lutym, pod koniec kwietnia zaczęły pojawiać się pierwsze odpowiedzi. Od początku wyjazd znaczył dla mnie zbyt wiele bym miała odwagę poważnie na niego liczyć, choć w głębi serca trzymałam kciuki do ostatniej chwili, a wszystkie inne plany - w zawieszeniu.
O tym, że wyjeżdżam i przez rok będę doskonalić swoje umiejętności i wzbogacać wiedzę u źródeł, dowiedziałam się w jakże szczęśliwy dla mnie piątek trzynastego, niecałe trzy tygodnie przed dniem, który oficjalnie stanowi ostateczny termin mojego zameldowania się na miejscu. Powinnam się cieszyć i się cieszę - dwoje znajomych, którzy aplikowali razem ze mną (z pełnym błogosławieństwem katedry) ciągle nie dostało odpowiedzi.
I starczy tych wyjaśnień, reszta będzie z Tamilnadu. Nie będę publikować zbyt często, bo mam zamiar zaharowywać się do upadłego i być z tego bardzo szczęśliwa. Może czasem wrzucę jakieś zdjęcie. Czas pokaże. Do zobaczenie i życzcie mi szczęścia!
Odpowiedź nie jest zbyt zawiła - chyba nie da się iść na kierunek taki jak indologia i traktując go poważnie nie myśleć w ogóle o dłuższym wyjeździe. Stypendium marzyło mi się zawsze, tzn. od podjęcia decyzji o studiowaniu tamilskiego, a sam wyjazd jeszcze wcześniej. Od początku też przerwa między studiami licencjackimi i magisterskimi wydawała mi się najstosowniejszym momentem. Technicznie jednak pomysł był prawie niemożliwy do realizacji i fakt, że siedzę sobie dziś z tytułem licencjata i roczną wizą studencką zawdzięczam w dużej mierze kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności (przede wszystkim temu, że dwa lata z rzędu odbył się nabór do grupy tamilskiej, co zdarza się rzadko, a dzięki czemu po powrocie będę mogła normalnie kontynuować studia).
Właściwie aż trudno uwierzyć, jak wszystko ułożyło się po mojej myśli. Ostatnie miesiące kosztowały mnie sporo nerwów. Już pod koniec drugiego roku wiadomo było, że moje szanse na podjęcie studiów magisterskich zaraz po zdobyciu tytułu licencjata są znikome. Minimalna liczba osób potrzebna do otwarcia grupy językowej to trzy, a nas została dwójka. Tymczasem nasza katedra oficjalnie popiera tylko wyjazdy osób które kończą studia magisterskie. Nie wiadomo do końca jaki wpływ ma takie poparcie na pozytywne rozpatrzenie wniosku. Przede wszystkim jednak ICCR bardzo długo nie kwapił się z odpowiedzią. Wniosek złożyłam w lutym, pod koniec kwietnia zaczęły pojawiać się pierwsze odpowiedzi. Od początku wyjazd znaczył dla mnie zbyt wiele bym miała odwagę poważnie na niego liczyć, choć w głębi serca trzymałam kciuki do ostatniej chwili, a wszystkie inne plany - w zawieszeniu.
O tym, że wyjeżdżam i przez rok będę doskonalić swoje umiejętności i wzbogacać wiedzę u źródeł, dowiedziałam się w jakże szczęśliwy dla mnie piątek trzynastego, niecałe trzy tygodnie przed dniem, który oficjalnie stanowi ostateczny termin mojego zameldowania się na miejscu. Powinnam się cieszyć i się cieszę - dwoje znajomych, którzy aplikowali razem ze mną (z pełnym błogosławieństwem katedry) ciągle nie dostało odpowiedzi.
I starczy tych wyjaśnień, reszta będzie z Tamilnadu. Nie będę publikować zbyt często, bo mam zamiar zaharowywać się do upadłego i być z tego bardzo szczęśliwa. Może czasem wrzucę jakieś zdjęcie. Czas pokaże. Do zobaczenie i życzcie mi szczęścia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)