Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hinduizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hinduizm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2012

Zdjęcie tygodnia #11 (10 - 16 października): Tirumala Brahmotsawam



Od piętnastego do dwudziestego czwartego października obchodzone było jedno z najpopularniejszych hinduskich świąt – Nawaratri oraz Widźajadaśami (znane też jako Daśara bądź Dussehra). Święto wiązane jest przede wszystkim z dwoma ważnymi mitologicznymi zwycięstwami – bogini Durgi nad demonem w ciele bawołu oraz Ramy nad Rawaną (o tych dwóch panach było co nieco we wpisie o Rameśwaram). Choć wolny od zajęć był tylko ostatni, kulminacyjny dzień święta, zawsze planowałam w tym terminie jakąś dłuższą pouczającą podróż połączoną z obserwacją (w miarę uczestniczącą) obchodów. Wybór nie był łatwy, bo każda świątynia hinduska żyje w znacznej mierze własnym życiem i nawet ogólne święta obchodzi po swojemu. Kusiło przede wszystkim słynne Nawaratri u madurajskiej Minakszi, ostatecznie jednak zdecydowałam się udać w zupełnie innym kierunku. Okazało się bowiem, że właśnie wtedy mają miejsce najważniejsze doroczne obchody w świątyni, którą powinien odwiedzić każdy miłośnik kultury południowoindyjskiej – Brahmotsawam w świątyni Wenkateśwary w Tirumali.

I tu wypada jeszcze raz zaznaczyć, jak zagmatwane są hinduskie święta i kalendarze. Z początku bowiem wydawało mi się, że tirumalejskie Brahmotsawam to właśnie specyficzne dla tej świątyni obchody Nawaratri. Co prawda słyną z nich raczej miejsca kultu bogiń, ale skoro w Widźajadaśami wplątany jest Rama, to czemu wielka i ważna świątynia wisznuicka nie miałaby hucznie świętować tego wydarzenia? Ale nie, Brahmotsawam to zupełnie inne, odrębne święto, które zupełnie przypadkowo wypadło w tym roku dokładnie w tych samych dniach co Nawaratri. Święta wyznaczane są bowiem z użyciem różnych kalendarzy.

Po pierwsze Widźajadaśami i Nawaratri wyznaczane są według kalendarza sanskryckiego, a obchody Brahmotsawam według tamilskiego. Można ulec wrażeniu, że te dwa kalendarze różnią się tylko nazwami miesięcy, ale tak nie jest. Choć zazwyczaj przeczytamy, że miesiącowi aświna, w którym obchodzone jest Widźajadaśami, odpowiada tamilski ajppasi, nie zaczynają się one tego samego dnia.

Po drugie daty Nawaratri i Widźajadaśami wyznaczana są według systemu tithi, a Brahmotsawam – nakszatr. Nie będę szczegółowo tłumaczyć, czym różnią się te dwa systemy, bo po pierwsze musiałabym sama dodatkowo się dokształcić (powodując kolejne opóźnienia), a po drugie ta wstępna dygresja rozrośnie się do rozmiarów artykułu. Dość powiedzieć, że oba opierają się na cyklu księżycowym. Działa to jak nasza Wielkanoc, obchodzona zaraz po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Z tym, że kalendarz hinduski poza pełnią wyróżnia wiele innych momentów cyklu. Choć niektóre święta obchodzone są w konkretny dzień danego miesiąca, pokaźna większość przypada w dniu wystąpienia w danym miesiącu konkretnego zjawiska astronomicznego. Dlatego ich daty w kolejnych latach mogą różnić się bardzo znacząco.

Dość jednak o tym. Wiemy już, że Brahmotsawam jest odrębnym świętem, które z Nawaratri nie ma nic wspólnego, pora więc napisać nieco o nim.

Jak dowiedziałam się w tirumalskim muzeum, swego czasu obchodzono wiele rodzajów Brahmotsawam; w pewnym momencie nawet jedenaście razy do roku. To, które przetrwało do dzisiaj i które miałam przyjemność oglądać, jest najstarszym z nich. Dla dokładności liczy sobie dokładnie tyle samo lat co chrześcijaństwo w Polsce – dzięki inskrypcjom wiemy, że pierwsze niemitologiczne Brahmotsawam ustanowiła w roku 966 królowa z dynastii Pallawów. Święto trwa dziesięć dni, choć pewne uroczystości mają miejsce dzień przed i dzień po, dlatego czasem można znaleźć informację, że Brahmotsawam trawa dni dziesięć lub jedenaście.

Każdego dnia ma miejsce wiele ciekawych i widowiskowych obrzędów, choć znacznej części zwykły śmiertelnik nie może obejrzeć z bliska, jako że mają miejsce za murami świątyni, lub w innej mandapie, do której nie ma dostępu nikt poza sprawującymi rytuał braminami. Niektóre jednak pozwala podglądać bezpośrednia transmisja na żywo. Jak każda ważna świątynia podczas istotnego święta, Tirumala obstawiona jest kamerami. Wszystko wraz z powtórkami leci na strategicznie rozstawionych telebimach. Część materiału oczywiście pojawi się w publicznych wiadomościach, poza tym istnieje sporo stacji telewizyjnych o religijnym charakterze, które emitują podobne uroczystości w całości (a kiedy nie ma żadnych uroczystości lecą na np. nich pobożne pieśni i kolaż ujęć z różnych świętych miejsc).

Bez żadnych problemów można za to oglądać procesje, które przez niemal cały czas trwania święta odbywają się dwa razy dziennie – o dziewiątej rano i dziewiątej wieczorem – i trwają około dwóch godzin. Można je obejrzeć bez problemu, bo o dziwo znaczną popularnością wśród przybyłych na święto wiernych cieszy się tylko jedna z nich. Zazwyczaj nie odczuwaliśmy tych osławionych tłumów zalewających Tirumalę (podobno w dzień powszedni, bez żadnego święta, świątynie odwiedza dziennie pięćdziesiąt tysięcy pielgrzymów, w święta może to być nawet około miliona). Sektory w czterech otaczających świątynię ulicach świeciły pustkami, nie trzeba było przychodzić jakoś specjalnie wcześniej, bez problemu można było ustawić się tuż przy barierce i robić zdjęcia.

Po części było tak zapewne dlatego, że te sektory w ogóle tam były. Przestronne, z około dziesięcioma szerokimi betonowymi stopniami, na których można było sobie usiąść, lub stanąć, lub – jak to nieraz zdarzyło nam się widzieć – położyć się i przespać w oczekiwaniu na nadejście bóstwa. Trzeba bowiem wiedzieć, że otaczające świątynię cztery ulice zazwyczaj są już częścią miasta, w Tirumali natomiast stanowiły bardzo wyraźnie jeszcze przestrzeń sakralną i przystosowane były do wydarzeń religijnych.

Sama procesja zaczynała się około pół godziny, lub godzinę przed wyruszeniem samego bóstwa ze świątyni. Idą w niej rozmaite grupy artystów, co czyni całe wydarzenie tak atrakcyjnym, zwłaszcza dla turystów. Dominują różnego rodzaju tancerze, tancerki i muzycy, co jakiś czas pojawiają się jednak grupy mitologiczne, tzn. kilka osób przebranych za bohaterów znanych mitów. Najczęstsze były oczywiście motywy wisznuickie, gdyż głównym bóstwem świątyni jest Wenkateśwara, czyli postać Wisznu właśnie. W procesji pojawiał się albo on sam ze swymi dwoma małżonkami, czasem jako Kryszna lub Rama. Bardzo też rzucał się w oczy jego główny wyznawca, czyli ramajanowy (lecz w sumie nie tylko) Hanuman, który – proszę mi wybaczyć bluźniercze porównanie – pełnił rolę mniej więcej taką jak kaczor Donald w wesołym miasteczku. Biegał między grupami artystów, zaczepiał ich, zagadywał pilnujących porządku policjantów i ogólnie budził powszechną wesołość. Pojawiały się też inne, często na demoniczne istoty, zapewne z bardziej ludowych mitów, które odgrywały występy oparte na interakcji z otoczeniem.

Nawiasem mówiąc artyści ogólnie prezentowali dość szerokie spektrum prezentowanych sztuk, od dość klasycznych (choć prawdziwie klasycznych tancerzy nie było zbyt widać, nie licząc małych dziewczynek, które trudno nazwać profesjonalistkami), po bardzo ludowych. Przy każdej procesji repertuar nieco się różnił. Niestety nie udało mi się dowiedzieć, jak takie trupy są wybierane, choć na podstawie wzmianki jednego z rozmówców („wielu tancerzy i muzyków przyjechało z Tamilnadu”) wnioskuję, że nie są to żadne stałe, miejscowe ekipy. Podejrzewam, że odpowiedni urzędnik (lub całe biuro) co roku odejmuje decyzję o zatrudnieniu tych czy innych grup. Ale to zgadula.

Stałym elementem każdej procesji były natomiast zwierzęta – konie, byki i słonie, będące własnością świątyni (jednego dnia włócząc się z kolegą po mieście trafiliśmy na stajnie). Ich pojawienie się zazwyczaj oznaczało, że bóg jest już niedaleko. Kiedy bowiem trasą procesji maszerowali artyści, odpowiedni ruchomy posąg bóstwa (utsawa-murtti) wynoszony był ze świątyni i zabierany do mandapy (choć bardziej zwykły garaż to był, niezbyt zdobiony), gdzie czekała już odpowiednia wahana, czyli wierzchowiec, na którym Wenkateśwara miał być obwożony. Główną bowiem atrakcją tych procesji i powodem, dla którego pofatygowaliśmy się na kilka, były właśnie różnorodne wahany, do tego jeszcze bardzo ładnie wykonane.

Na zdjęciu widać wahanę o wdzięcznej nazwie Pedda Sesza, czyli Duży Wąż. Brała ona udział w pierwszej procesji, czyli pierwszego dnia wieczorem. Jak mam nadzieję widać jest to elegancki wąż z siedmioma głowami, często pojawiający się w wisznuickiej mitologii Sesza. Z tyłu też był bardzo ładny – bardzo dokładnie odwzorowany kaptur kobry z charakterystycznym okularem. Poza tym podczas kolejnych procesji podczas Brahmotsawam za wahany służą mały wąż (Wasuki, z pięcioma głowami), gęś, lew, drzewo er, Garuda, Hanuman, słońce, księżyc, słoń i koń. Poza tym odbywają się procesje na klasycznym powozie świątynnym, w perłowym palankinie, a także z Wisznu pod postacią Mohini oraz Sarwa Bhupali.

Tuż przed Wenkateśwarą na odpowiedniej wahanie maszerowała oczywiście mała armia mantrujących braminów oraz kilka pochodni. Z zapachu wnoszę, że paliwem, którym nasączono nawinięte na niewielkie obręcze pasy materiału było klarowane masło. Powóz poruszał się powoli i co jakiś czas przystawał. Wielu wiernych całkowicie ignorowało część artystyczną i ożywiało się dopiero na ów darśan (zobaczenie bóstwa i przez bóstwo). Taki postój trwał dłuższą chwilę, pozwalając pielgrzymom skandować do woli „Gowinda Gowinda”, a mi i koledze spokojnie zrobić zdjęcia nie rażąc przy tym uczuć religijnych zebranych.

W momencie postoju wahany zaczynano rozdawanie prasady, które trwało jeszcze jakiś czas po tym, jak procesja ruszyła dalej. Były to owoce, rodzynki, daktyle, orzeszki, duże bryłki cukru i ciepłe słodkie mleko z przyprawami. Na jedynej porannej procesji jaką zaliczyliśmy zamiast słodkiego mleka była pikantna ziołowa maślanka. Trudno było ustalić, czy prasada różniła się jakoś z dnia na dzień, bo nie pchaliśmy się przed wiernych i tylko grzecznie braliśmy co zostało opuszczając sektor, czym najczęściej były kawałki cukru i rodzynki. Ktoś zawsze zadbał, byśmy nie wyszli zupełnie bez niczego.

Kiedy wahana i niesiony za nią przypominający wielki namiot daszek (na wypadek deszczu) mijał całkowicie sektor, oznaczało to koniec procesji. Sektor był otwierany i można było sobie wyjść. Wyjść można też było przez większość części artystycznej, dopiero na samą główną procesję policja i inne służby porządkowe wstrzymywały ruch.

Tyle o procesji, o świątyni samej Tirumali jeszcze będzie w następnym wpisie. Jeśli ktoś chce zobaczyć więcej, na moim kanale na YouTube jest kilka filmików z Brahmotsawam

środa, 17 października 2012

Zdjęcie tygodnia #9 (26 września - 2 października): Rameśwara tirtta snanam



Pewnego poniedziałku, gdy przyszłam na zajęcia, zastałam pusty wydział. Wraz z dwoma równie zdezorientowanymi jak ja osobami udałam się do dziekanatu, gdzie poinformowano nas, że przez najbliższe dwa tygodnie mamy wolne. Nikt nie rozumiał skąd te nagłe ferie (potem okazało się, że przyczyną były strajki w sprawie planów budowy elektrowni atomowej na południu Tamilnadu), szybko jednak doszłam do wniosku, że zamiast zaglądać darowanemu koniowi w zęby, lepiej zaplanować ten wolny czas. Tak powstał pomysł wyjazdu do Rameśwaram.

Rameśwaram leży ponad 400 kilometrów na południe od mojego Ćidambaram, na stosunkowo niewielkiej wyspie pomiędzy Indiami i Sri Lanką (aczkolwiek bez szaleństw – od lądu indyjskiego dzielą ją niecałe trzy kilometry, które można już od wielu dziesięcioleci przebyć mostem). Wyspa ta pochwalić się może kilkoma atrakcjami, jednak najważniejszą (i najsłynniejszą) z nich jest leżące na wschodnim brzegu, twarzą do oceanu Rameśwaram i jego wspaniała świątynia. Ona właśnie jest bohaterem dzisiejszego wpisu.

Ten piękny przybytek, wraz z wieloma rozsianymi po całej wyspie, podlegającymi mu mniejszymi świątyniami, kapliczkami, sadzawkami i studniami, jest szczególnie silnie związany z historią opisaną w jednym z klasycznych indyjskich eposów – Ramajanie. Stąd właśnie główny bohater, książę Rama, wraz ze swym bratem i sprzymierzoną armią małp (a wśród nich swoim największym czcicielem – Hanumanem) miał wyruszyć na Lankę, położone na wyspie królestwo, by stoczyć stanowiącą kulminację eposu bitwę i odzyskać swoją porwaną żonę. Tu także miał po zwycięskiej kampanii powrócić i stąd udać się w podróż powrotną do własnego królestwa.

Niektórych może jednak zaskoczyć fakt, że mimo iż na każdym kroku natrafiamy na bohaterów Ramajany, bóstwem, które zobaczymy (jeśli nam się uda) w głównym przybytku świątyni, jest Śiwa. Choć wisznuicki (Rama uznawany jest za wcielenie Wisznu) i śiwaicki hinduizm spotykają się dość często i mitów, w których występują oba bóstwa jest wiele, nie należy zapominać, że są to w praktyce dwa odrębne wyznania. Jeśli jednak wiemy, że istnieją śiwaickie wersje Ramajany (nie różniące się szczególnie fabułą od innych), porządek świątyni w Rameśwaram przestaje być taki niezwykły.

Centralnym wydarzeniem, wokół którego świątynia jest zorganizowana, są obrzędy przebłagalne, które Rama odprawił po powrocie z Lanki. Porwanie i uwięzienie cudzej żony może być uznane za dobry powód do wypowiedzenia komuś wojny i uśmiercenia go, jeśli jednak porywacz jest braminem, a szukający sprawiedliwej zemsty mąż nie, sprawa odrobinę się komplikuje. Zabójstwo bramina jest bowiem ciężkim grzechem zupełnie niezależnie od okoliczności. Dlatego właśnie Rama powrócił z Lanki co prawda z małżonką (nie trafiłam w Rameśwaram na żadne upamiętnienie dość kontrowersyjnego epizodu z próbą ogniową, czy czegokolwiek innego mogącego rzucać cień na idealny i szczęśliwy związek Ramy i Sity), ale i ze skazą wymagającą szczególnego oczyszczenia.

Tu właśnie pojawia się Śiwa, jako ten, do którego zanosi się przebłagalne modły. Świątynna mitologia skupia się na tym akcie, a na jego pamiątkę Rameśwaram oferuje każdemu wiernemu zmycie wszystkich grzechów. Oczywiście oczyszczenie uzyskać można właściwie w każdej innej świątyni, jednak w Rameśwaram idea ta jest szczególnie obecna. Niezwykle spektakularne jest też samo zmywanie grzechów, jak widać na zdjęciu całkiem fizyczne i wyjątkowo mało symboliczne. Coś, co też zobaczyć można wszędzie (tzn. normalne jest kąpanie się w świątynnych sadzawkach), ale chyba nigdzie (a przynajmniej w niewielu miejscach) na taką skalę.

W Rameśwaram po prostu wypada zmyć swe grzechy zanim stanie się przed bóstwem. Źródeł wody*, którą się to robi, jest dwadzieścia dwa. Są ponumerowane i należy odwiedzić je w odpowiedniej kolejności. Pierwszym jest ocean, od którego brzegu do świątyni jest zaledwie kilkaset metrów. Ludzie zanurzają się w nim kilkakrotnie i ociekając wodą zmierzają ku wschodniemu wejściu. Jeśli kolejka jest długa, może nawet trochę podeschną, ale nie na długo.

Źródłami na terenie świątyni są głównie studnie, dokładnie takie, jak ta na zdjęciu. Mężczyźni w białych ubraniach to pracownicy świątyni (bardzo żałuję, że nie miałam okazji dowiedzieć się o nich więcej). Stoją przy każdym źródle, czerpią wodę i polewają nią wiernych. Nie kropią, tylko szczodrze polewają, całe wiaderko na głowę. Jednym źródłem jest świątynna sadzawka, lecz nie wchodzi się do niej. Podchodzi się do lekko wysuniętego nad wodę tarasu, z którego świątynnicy spuszczają wiadra jak do studni.

Efekt jest taki, że wszyscy wierni w świątyni dosłownie ociekają wodą. Woda jest wszędzie na posadzce; po raz pierwszy w życiu nie wyszłam z hinduskiej świątyni z brudnymi od kurzu i pyłu nogami. Trzeba też wspomnieć, że świątynia w Rameśwaram słynie z długich korytarzy z pięknie rzeźbionymi kolumnami. Grupki ludzi w całkowicie mokrych ubraniach przemykające tymi korytarzami od studni do studni robią niesamowite wrażenie. Człowiek czuje się, jakby trafił do jakiejś niezwykłej, antycznej szatni basenowej. Nawet pogłos jest podobny.

Przed obliczem bóstwa jednak ociekając wodą stawać nie można. Zatem przy wejściu do głównego przybytku i w kilku innych punktach stoją prowizoryczne szatnie, gdzie można zmienić ubranie na suche. Szatnie te, zwykłe budki z białych płacht plastiku na aluminiowym stelażu, też wyglądają wśród kunsztownej rzeźby dość osobliwie. Nawiasem mówiąc nie zawsze są to osobne budki, czasem jest tylko ścianka osłaniająca przebierających przed płcią przeciwną, ale zmuszająca do striptizu przed własną.

Na sam koniec jeszcze kilka dodatkowych słów wyjaśnienia – studnie i sadzawka na terenie świątyni nie są jedynymi. Podobnych źródeł wody powiązanych z mitologią świątynną jest na całej wyspie jeszcze kilkadziesiąt, choć wiele z nich bardzo trudno jest znaleźć, a znaczna część jest po prostu strasznie zapuszczona. Niektóre są na terenach innych świątyń, które podlegają pod główną Rameśwaramską.

*sanskryckie słowo tirtha (stamilizowane jako tirttam) tłumaczy się najczęściej jako bród, ale w przestrzeni religijnej może to być właśnie studnia. Dlatego w notce używam terminu źródło wody i uchylam się konformistycznie przed dalszymi wyjaśnieniami. Indolodzy wiedzą, lub sprawdzą, reszcie wiele nowego t do życia nie wniesie. Snanam to także stamilizowany termin sanskrycki i oznacza kąpiel. Zatem tytułowe "Rameśwara tirtta snanam" to "kąpiel w rameśwaramskich tithach".

czwartek, 11 października 2012

Zdjęcie tygodnia #8 (19 - 25 września): śladami bhakti - Sirhali



Miałam kilka dobrych powodów, by odwiedzić Sirhali. Pierwszym z nich jest to, że ono po prostu tu jest – około dwadzieścia kilometrów od Ćidambaram, nieco ponad pół godzinki autobusem, który odchodzi praktycznie co chwilę. W sam raz na krótką wycieczkę, dla której ani nie trzeba zrywać się z zajęć, ani wydawać pieniędzy na nocleg. Można spokojnie podjechać w weekend i jeszcze zostanie mnóstwo czasu na zwykłe leniuchowanie. Na dobrą sprawę dało by się nawet wybrać tam po lekcjach i wrócić na wczesną kolację, aczkolwiek jeszcze nie osiągnęłam poziomu aklimatyzacji pozwalającego na tak wielką aktywność (inna sprawa, że w ogóle nie jestem jakoś szczególnie aktywna z natury).

Zatem pojechałam tam, bo trwa semestr i nie ma za bardzo czasu na dalsze wojaże, mi też nie chciało się za bardzo nic robić, ale przesiedzenia całego weekendu w pokoju (no dobra, i w kinie) bym sobie nie darowała. Mam zresztą całą długą listę takich miejsc na krótkie wycieczki. W związku z czym wypada się wytłumaczyć, dlaczego właśnie Sirhali poszło na pierwszy ogień.

Pierwszy raz w pełni świadomie zarejestrowałam nazwę tej miejscowości podczas lektury fenomenalnej książki profesora Davida Schulmana Tamil Temple Myths, a konkretnie przy starannym studiowaniu rozdziału o mitach związanych z potopem, który był mi potrzebny do licencjatu. Historia opisana w tala-puranie (utworze opisującym mitologiczną historię świątyni, sans. sthala-purana) z Sirhali została tam przytoczona jako jeden z kilku przykładów na realizację powszechnego modelu historii, w której świątynia przetrwała wielki kończący świat potop, po czym stała się miejscem, z którego rozpoczyna się nowy akt stworzenia. W mitach tych ważną rolę odgrywa coś, co przetrwało potop. Często są to wedy i inne święte teksty, czasem też w świątyni schronienia szukają bogowie. Historia z Sirhali zwróciła moją uwagę, gdyż tam pod opiekę Śiwy na czas potopu oddają się sześćdziesiąt cztery sztuki*. A także tym, że bardzo wyraźnie pojawia się tam motyw łódki, od której zresztą pochodzi imię jednego z głównych wizerunków Śiwy w świątyni – Tonijappar.

To mój kolejny powód – chciałam zobaczyć świątynię Śiwy na łódce. Przede wszystkim jednak Sirhali zajmuje szczególne miejsce w kulturze tamilskiej ze względu na związek z wczesnym ruchem bhakti – stąd tytuł dzisiejszego wpisu.

Krótkie wyjaśnienie dla nieindologów: bhakti to forma religijności, której centralnymi elementami są żarliwa pobożność, całkowite oddanie bóstwu i pełna zależność od jego łaski. W łonie samego hinduizmu postawa ta przeciwstawiała się bardzo mechanicznemu rytualizmowi, a także sztywnemu już wtedy porządkowi społecznemu. Historie bhakti często mówią o tym, jak to bogu szczególnie miłe okazuje się spontaniczne, z pozoru nawet bluźniercze zachowanie, ponieważ sprawcą kierowała szczera miłość i chęć służenia. W dużym przybliżeniu jest to ideologia wdowiego grosza – liczy się nie obiektywna wartość ofiary, lecz jej subiektywna wartość dla ofiarnika.

Bhakti jako ruch religijny narodziło się właśnie na samym południu Indii, gdzie odegrało rolę hinduskiej kontrreformacji – odciągnęło wiernych od dominujących wówczas buddyzmu i dźinizmu. Jego szczególnie prominentnymi postaciami byli wędrowni poeci, którzy swoje żarliwe uczucia ubrali w piękną tamilszczyznę. Ich twórczość stała się podstawą dwóch kanonów religijnych – wisznuickiego i śiwaickiego.

Sirhali związane jest z jednym z najważniejszych z owych poetów i w ogóle jednym z najważniejszych poetów w historii tamilskiej literatury – Tiruńana Sambandarem. Tu właśnie się narodził i tu jako malutkie dziecko (trzyletnie, jeśli pamięć nie myli) miał zostać napojony przez Parwati mlekiem wiedzy, pod którego wpływem natychmiast zaczął tworzyć swoje słynne hymny i wyruszył na pielgrzymkę.

Sambandar był poetą śiwaickim. Jednak Sirhali znajdziemy i na mapie wisznuickich miejsc pielgrzymkowych. Tutejszą oraz jedenaście okolicznych świątyń sławił inny ważny poeta bhakti – Tirumangej. Na marginesie, według tradycji miał tu przybyć właśnie na zaproszenie Sambandara, który chciał się z nim zmierzyć w debacie (czy też konkursie poetyckim). Wydarzenia tego nie znajdziemy jednak w bibliografii (hagiografii) śiwaity, gdyż dla tego zwycięzcy wielu potyczek z buddystami i dźinistami Tirumangej miał się okazać przeciwnikiem zbyt trudnym. Nie będę jednak wchodzić głębiej w interpretację tego wydarzenia. Może poeci nigdy się nie spotkali, a epizod stworzyli wisznuici w celu nobilitacji swojego świętego, a może nie było żadnego konkursu, tylko przyjacielska wizyta? W końcu wisznuici i śiwaici nie rywalizowali w tym okresie ze sobą tak bardzo, kiedy poważniejszym problemem był wspólny wróg – dźiniści i buddyści?

W tygodniu, którego dotyczy ta na notka nie udało mi się odwiedzić świątyni wiszuickiej. Może będzie to temat na inny wpis. Obejrzałam sobie za to spokojnie przybytek śiwaicki, z którego właśnie pochodzi dzisiejsze zdjęcie. Spokojnie, ale też nie tak dokładnie,więc pewnie i tam jeszcze wrócę. Zwłaszcza, że to tak niedaleko.

Najciekawszym elementem świątyni jest to, że ma ona piętrowy główny przybytek, zaś na każdym z trzech poziomów znajduje się inna postać Śiwy. Podobno jest kilka takich kilkupoziomowych świątyń w Tamilnadu, jednak żadnej nie widziałam.

Na samym dole znajduje się Brahmapuriśwarar, Śiwa pod postacią lingi. Wierzy się, że jest to swajambhulinga, czy linga, która powstała, czy też objawiła się sama z siebie. Na pierwszym piętrze zobaczyć można Tonijappara, czyli Śiwę będącego bohaterem przytoczonej już historii o powodzi. Podobno taras ma mieć kształt łódki, ale jakoś umknęło to mojej uwadze. Trudno za to nie zauważyć, że obok wysokiego posągu Śiwy stoi w przybytku niewiele niższa Parwati – rzecz nie tak znowu częsta.

Na najwyższym poziomie znajduje się Sattejnadar, czyli Śiwa, który pod postacią myśliwego miał przywołać do porządku Wisznu, gdy ten wpadł w nadmierną pychę po jednym ze swoich dokonań (konkretnie chodziło o epizod z królem Balim i trzema krokami). Tego wizerunku nie udało mi się zobaczyć, bo kiedy przyszłam do świątyni akurat nie było prądu, a Sattejnadar umieszczony jest ponad głowami pielgrzymów i zwiedzających, a przez małe okienko, niższe niż posąg, nie wpadają promienie słońca. Przy braku elektrycznego oświetlenia widać było tylko stopy bóstwa oświetlone płomieniem małej lampki. Nie ukrywam, że miało to swój urok. Sporą atrakcją była też dla mnie możliwość spojrzenia na kompleks świątynny z góry.

No i na koniec jest na terenie świątyni osobny przybytek poświęcony Tiruńana Sambandarowi. Nie jakaś kapliczka, ale prawdziwy przybytek, normalna oddzielna świątynia z własnym murem i mandapami. Ona to zresztą widnieje właśnie na zdjęciu tygodnia jako dobry przykład południowoindyjskiej architektury świątynnej. Sam piętrowy przybytek Śiwy nie jest, muszę przyznać, tak estetyczny. Jak każdą świątynię, tę w Sirhali wiele razy przebudowywano i w tym wypadku nadało to jej troszkę charakteru małej wieży Babel. Co nie zmienia faktu, że zobaczyć ją warto.

*sześćdziesiąt cztery to jedna z bardzo lubianych przez kulturę indyjską liczb, stąd bardzo wiele list ma dokładnie sześćdziesiąt cztery pozycje. Może to tworzyć złudzenie, że chodzi o jedną, konkretną listę, w rzeczywistości jednak jest ich bardzo wiele i nieraz rozbieżności są bardzo duże. Wiadomo więc, że sztuk jest sześćdziesiąt cztery, ale jakie to sztuki/umiejętności konkretnie, to już inna sprawa.

niedziela, 2 września 2012

adi tiruwila - aneks filmowy


Uporządkowanie zdjęć jest dość żmudne, więc jeszcze trochę czasu mi zabierze, a tymczasem, żeby nie było nudno wrzucam filmik. Młodzież na bębnach jak widać bardzo cieszyła się obecnością kamery...

środa, 29 sierpnia 2012

Zdjęcie tygodnia #2 (8 - 14 sierpnia): adi tiruwila



Znakiem rozpoznawczym Tamilnadu były dla mnie zawsze wielkie świątynie z wielopiętrowymi kolorowymi gopurami, ociekającymi bogactwem rzeźby mandapami i lepiącymi się od najrozmaitszych oparów i wielowiekowego syfu wewnętrznymi przybytkami. Tym bardziej gdy myślałam o południowoindyjskim hinduizmie, czy świątynnym święcie, siłą rzeczy narzucał mi się obraz imponującego, około tysiącletniego kompleksu, nieraz skandalicznie zagospodarowanego i nonszalancko pokrytego współczesnymi szkaradnymi malunkami, ale wciąż zachowującego swoją godność i monumentalność. Tym bardziej, że na taką dużą świątynię, której początki giną gdzieś w mrokach dziejów, można tu trafić praktycznie w każdej wsi, a czasem prawie w szczerym polu.

Tymczasem poza tymi wielkimi, słynnymi obiektami istnieje jeszcze niezliczona masa małych świątynek, często o rozmiarach niedużej kapliczki. Oczywiście byłam zawsze świadoma ich istnienia – chodząc po mieście na piechotę mijałam ich bardzo wiele – ale nigdy nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. No, może poza boginią w Puduććeri z rozprutym niemowlakiem na kolanach... Ogólnie jednak nie są to szczególnie ciekawe obiekty. Architekturą przypominają szopkę na szpadle, ozdobione są niezbyt atrakcyjnymi estetycznie gipsowymi rzeźbami pomalowanymi kiepskiej jakości farbami. Ponadto w dzień powszedni nic się tam nie dzieje (w większej świątyni ktoś przynajmniej odprawia ofiarę, da popiołek, albo coś, zawsze jakaś atrakcja dla turysty jest) i można łatwo ulec wrażeniu, że to rzeczywiście tylko kapliczki, którymi nikt się za bardzo nie zajmuje.

Tak jednak nie jest. Mimo niepozornego wyglądu są to świątynie w pełnym tego słowa znaczeniu. Jak ważną rolę odgrywają w religijnym (i nie tylko) życiu lokalnej wspólnoty, przekonać się można zwłaszcza w czasie dorocznych świąt. Wówczas człowiek uczy się raz na zawsze: nigdy nie lekceważ hinduskiej świątyni, nawet jeśli wygląda jak szopka na szpadle!

Kiedy przyjechałam do Tamilnadu, była właśnie połowa miesiąca o wdzięcznej nazwie „adi” (āṭi, w nomenklaturze sanskryckiej – āṣāḍha). W miesiącu tym dają o sobie znać świątynie bogiń. Obchody potrafią być zaskakująco widowiskowe i przyciągają tłumy ludzi, świątynka zaś obstawia się głośnikami i niemal całą dobę raczy okolicę nabożnymi pieśniami, żeby wszyscy mogli uczestniczyć w doniosłości wydarzenia. Hałasowi temu zawdzięczam wiele bezsennych chwil, ale też odnalezienie świątyni w odległości może 400 metrów od mojego mieszkania.

A teraz po kolei, wszystko czego udało mi się dowiedzieć o święcie. Będzie niestety bardzo wiele „chyba”, „prawdopodobnie” i „wydaje mi się”, bo porządnej wiedzy nie posiadam, a nie chcę wyciągać zbyt pochopnych wniosków, skoro mam tak mało własnych doświadczeń.

Po pierwsze, jak już napisałam, adi tiruwila* obchodzona jest w świątyniach bogiń i niestety nie potrafię tego bardziej doprecyzować. Wszystko, czego byłam świadkiem w Ćidambaram kręciło się wokół świątyń Marijamman, ale też i nie widziałam tu świątyń innych bogiń. Jedynym wyjątkiem jest znajdujący się na terenie świątyni Nataradźi przybytek poświęcony jego małżonce – Siwahami, ale tam nic się nie działo. Co nie znaczy, że nie mogło dziać się np. przed moim przyjazdem. 

W internecie, który w kwestii adi tiruwili był wyjątkowo niechętny do udzielania konkretnych informacji (choć wiele jest zdjęć i filmików), znalazłam kilka tropów sugerujących, że święto jednak nie jest zmonopolizowane przez Marijamman i jej wyznawców i obchodzi je się nawet w tak dużych i ważnych ośrodkach jak świątynia Minakszi w Maduraju, czy Kamakszi w Kańćipuram. Ale to tylko internet, który w kwestiach świąt hinduskich potrafi człowieka nieźle wywieść w pole. Poza tym nawet jeśli to prawda, pozostaje pytanie, czy jest to wszędzie wydarzenie równie huczne jak to, co miałam okazję oglądać. W końcu coś, co jest wielkim, albo nawet głównym świętem w jednej świątyni może być wydarzeniem drugorzędnej ważności w innej.

Po drugie, jak sama nazwa wskazuje, święto obchodzone jest w adim, nie ma jednak konkretnej daty. Różne świątynie obchodzą je w różnych terminach. Nie wiem, od czego to zależy i czy jest to właściwie coś istotnego. Nie wiem też, czy konkretna świątynia obchodzi święto zawsze w tym samym terminie (oczywiście z punktu widzenia kalendarza tamilskiego), czy też co roku jest on ustalany od nowa. Ponadto, jak mi powiedziano, nie całe obchody muszą się mieścić a adim, wystarczy, że święto się w nim zacznie. W praktyce nawet to wydaje się być nie zawsze przestrzegane – owa świątynia niedaleko mojego mieszkania zaczęła pierwszego dnia następnego miesiąca, a ludzie nadal utrzymywali, że jest to adi tiruwila. Znów jednak nie mam pojęcia jak bardzo wyjątkowy jest to przypadek.

Święto trwa dziesięć dni. Tak przynajmniej mnie poinformowano i tyle trwało jedyne, które obserwowałam od początku do końca – to spóźnialskie. Jeśli tak jest rzeczywiście, wszystkie święta w Ćidambaram, o których zdobyłam jakąkolwiek informację zaczęły się w piątek. Nikogo o to jeszcze nie spytałam, ale wydaje mi się, że kiedyś gdzieś czytałam, że boginie lubią piątki. Być może stąd dziwny termin obchodów w pobliskiej świątyni. Może ważniejsze było, żeby zacząć w odpowiedni dzień tygodnia, niż koniecznie załapać się na właściwy miesiąc? Ale to zgaduj zgadula.

W pierwszy dzień wciągana jest flaga świątynna, która pozostaje na maszcie przez cały czas trwania święta. Na wielkim ogłoszeniu zapraszających wiernych na obchody (o tym w innym wpisie) dzień ten identyfikowany jest jednak nie jako „dzień, w którym wciąga się flagę”, lecz „dzień, w którym wiąże się kappy”, czyli święty sznureczek. Kiedy stałam w tłumie podczas pierwszego dnia spóźnialskich obchodów, ktoś życzliwy rzeczywiście mi o tym wiązaniu sznureczka mówił. Ma to być znak, że dana osoba uczestniczy właśnie w święcie i spożywa wyłącznie wegetariańskie jedzenie. Prawdopodobnie też zachowują abstynencję seksualną, choć o tym już informator nic nie wspomniał. Nie dopytałam niestety, kto może sobie taki sznureczek zawiązać. Każdy, kto chce, tylko członkowie lokalnej społeczności, czy może tylko osoby zajmujące się daną świątynią?

W kolejne dni, a właściwie noce, w świątyni obok mnie wystawiane były mahabharatowe opowieści. Niestety nie miałam nigdy możliwości uczestniczenia w tym wydarzeniu – właściciel budynku, w którym wynajmuję mieszkanie zamyka bramę o dziesiątej, czyli dużo za wcześnie, by można było się wybrać na przedstawienie. Słuchałam ich za to chcąc nie chcąc codziennie – doskonałe nagłośnienie umożliwiało podziwianie całkowicie niezrozumiałych dialogów i piosenek mniej więcej do trzeciej nad ranem. Znów zastrzegam – nie wiem, czy to reguła. Co prawda uświadomiono mnie na warszawskiej indologii co nieco jeśli chodzi o rolę ludowych przedstawień opartych na Mahabharacie w kulcie bogiń w Tamilnadu, ale wydawało mi się, że chodzi bardziej o kult Draupadi, której święto odbywa się w innym miesiącu... Z drugiej strony ktoś gdzieś kiedyś wiązał Draupadi z Marijamman, podobno. Wiem, skomplikowane to trochę.

W przedostatni dzień odbyła się procesja, w której bogini była uroczyście obwożona kilka godzin bo raptem kilku uliczkach na krzyż. Tu niestety już miałam problemy ze zdrowiem i przegapiłam to wydarzenie.

Punktem kulminacyjnym obchodów jest ostatni dzień, kiedy to odbywa się timidi tiruwila. Timidi znaczy dosłownie chodzenie po ogniu ( = ogień, miti = chód, więc może raczej „ogniowy chód”...) i to właściwie w pełni wyjaśnia istotę tego obrzędu. Jeszcze może tylko gwoli ścisłości warto dodać, że chodzi się nie tyle po ogniu, ile po rozżarzonych węglach. Nie mniej żar jest taki, że praktycznie nie da się podejść na odległość kilku metrów.

Poza chodzeniem po żarze wierni wystawiają swoje ciało na inne próby, by ucieszyć boginię, przede wszystkim przekłuwają się drutami i hakami. Na timidi, na którym byłam, bhaktowie nakładali kawadi (coś co się niesie, nakłada, lub obciąża się tym w dowolny inny sposób; na pewno jeszcze o nim napiszę, najpóźniej w lutym), które podtrzymywało liczne miniaturowe włócznie przekłuwające ich pierś (na zdjęciu). Wcześniej inni wyznawcy obwożeni byli po ulicach miasta wisząc na hakach wbitych w ciało na plecach.

Ze wszystkimi tymi praktykami spotkać się można nie tylko na adi tiruwili. Różnego rodzaju samookaleczanie się wydaje się być jedną z podstawowych cech południowoindyjskiego ludowego hinduizmu i podejrzewam, że jeszcze kilka razy tego typu historie mogą się na tym blogu pojawić. Nie będę ukrywać, że oglądane na żywo, rzeczy te mogą naprawdę szokować. Nie mniej niż ekstaza niektórych wiernych, którzy mogą zdradzać objawy opętania – jeden człowiek zaczął się rzucać kilka kroków ode mnie, co wystraszyło mnie bardziej niż wszystko inne razem wzięte.

*W języku tamilskim wszystko, co nie jest istotą rozumną, jest rodzaju nijakiego i zazwyczaj staram się przenieść to na język polski. Czasem jednak podświadomie narzuca się co innego. W sumie dopiero pisząc tę notkę uświadomiłam sobie, że zawsze mówiłam i myślałam „ta wila” i „ta tiruwila”. Na razie więc macham na to ręką i tak to zostawiam.

P.S. W ciągu kilku dni dorzucę obrazkowy aneks do wpisu.