Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2012

Zdjęcie tygodnia #11 (10 - 16 października): Tirumala Brahmotsawam



Od piętnastego do dwudziestego czwartego października obchodzone było jedno z najpopularniejszych hinduskich świąt – Nawaratri oraz Widźajadaśami (znane też jako Daśara bądź Dussehra). Święto wiązane jest przede wszystkim z dwoma ważnymi mitologicznymi zwycięstwami – bogini Durgi nad demonem w ciele bawołu oraz Ramy nad Rawaną (o tych dwóch panach było co nieco we wpisie o Rameśwaram). Choć wolny od zajęć był tylko ostatni, kulminacyjny dzień święta, zawsze planowałam w tym terminie jakąś dłuższą pouczającą podróż połączoną z obserwacją (w miarę uczestniczącą) obchodów. Wybór nie był łatwy, bo każda świątynia hinduska żyje w znacznej mierze własnym życiem i nawet ogólne święta obchodzi po swojemu. Kusiło przede wszystkim słynne Nawaratri u madurajskiej Minakszi, ostatecznie jednak zdecydowałam się udać w zupełnie innym kierunku. Okazało się bowiem, że właśnie wtedy mają miejsce najważniejsze doroczne obchody w świątyni, którą powinien odwiedzić każdy miłośnik kultury południowoindyjskiej – Brahmotsawam w świątyni Wenkateśwary w Tirumali.

I tu wypada jeszcze raz zaznaczyć, jak zagmatwane są hinduskie święta i kalendarze. Z początku bowiem wydawało mi się, że tirumalejskie Brahmotsawam to właśnie specyficzne dla tej świątyni obchody Nawaratri. Co prawda słyną z nich raczej miejsca kultu bogiń, ale skoro w Widźajadaśami wplątany jest Rama, to czemu wielka i ważna świątynia wisznuicka nie miałaby hucznie świętować tego wydarzenia? Ale nie, Brahmotsawam to zupełnie inne, odrębne święto, które zupełnie przypadkowo wypadło w tym roku dokładnie w tych samych dniach co Nawaratri. Święta wyznaczane są bowiem z użyciem różnych kalendarzy.

Po pierwsze Widźajadaśami i Nawaratri wyznaczane są według kalendarza sanskryckiego, a obchody Brahmotsawam według tamilskiego. Można ulec wrażeniu, że te dwa kalendarze różnią się tylko nazwami miesięcy, ale tak nie jest. Choć zazwyczaj przeczytamy, że miesiącowi aświna, w którym obchodzone jest Widźajadaśami, odpowiada tamilski ajppasi, nie zaczynają się one tego samego dnia.

Po drugie daty Nawaratri i Widźajadaśami wyznaczana są według systemu tithi, a Brahmotsawam – nakszatr. Nie będę szczegółowo tłumaczyć, czym różnią się te dwa systemy, bo po pierwsze musiałabym sama dodatkowo się dokształcić (powodując kolejne opóźnienia), a po drugie ta wstępna dygresja rozrośnie się do rozmiarów artykułu. Dość powiedzieć, że oba opierają się na cyklu księżycowym. Działa to jak nasza Wielkanoc, obchodzona zaraz po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Z tym, że kalendarz hinduski poza pełnią wyróżnia wiele innych momentów cyklu. Choć niektóre święta obchodzone są w konkretny dzień danego miesiąca, pokaźna większość przypada w dniu wystąpienia w danym miesiącu konkretnego zjawiska astronomicznego. Dlatego ich daty w kolejnych latach mogą różnić się bardzo znacząco.

Dość jednak o tym. Wiemy już, że Brahmotsawam jest odrębnym świętem, które z Nawaratri nie ma nic wspólnego, pora więc napisać nieco o nim.

Jak dowiedziałam się w tirumalskim muzeum, swego czasu obchodzono wiele rodzajów Brahmotsawam; w pewnym momencie nawet jedenaście razy do roku. To, które przetrwało do dzisiaj i które miałam przyjemność oglądać, jest najstarszym z nich. Dla dokładności liczy sobie dokładnie tyle samo lat co chrześcijaństwo w Polsce – dzięki inskrypcjom wiemy, że pierwsze niemitologiczne Brahmotsawam ustanowiła w roku 966 królowa z dynastii Pallawów. Święto trwa dziesięć dni, choć pewne uroczystości mają miejsce dzień przed i dzień po, dlatego czasem można znaleźć informację, że Brahmotsawam trawa dni dziesięć lub jedenaście.

Każdego dnia ma miejsce wiele ciekawych i widowiskowych obrzędów, choć znacznej części zwykły śmiertelnik nie może obejrzeć z bliska, jako że mają miejsce za murami świątyni, lub w innej mandapie, do której nie ma dostępu nikt poza sprawującymi rytuał braminami. Niektóre jednak pozwala podglądać bezpośrednia transmisja na żywo. Jak każda ważna świątynia podczas istotnego święta, Tirumala obstawiona jest kamerami. Wszystko wraz z powtórkami leci na strategicznie rozstawionych telebimach. Część materiału oczywiście pojawi się w publicznych wiadomościach, poza tym istnieje sporo stacji telewizyjnych o religijnym charakterze, które emitują podobne uroczystości w całości (a kiedy nie ma żadnych uroczystości lecą na np. nich pobożne pieśni i kolaż ujęć z różnych świętych miejsc).

Bez żadnych problemów można za to oglądać procesje, które przez niemal cały czas trwania święta odbywają się dwa razy dziennie – o dziewiątej rano i dziewiątej wieczorem – i trwają około dwóch godzin. Można je obejrzeć bez problemu, bo o dziwo znaczną popularnością wśród przybyłych na święto wiernych cieszy się tylko jedna z nich. Zazwyczaj nie odczuwaliśmy tych osławionych tłumów zalewających Tirumalę (podobno w dzień powszedni, bez żadnego święta, świątynie odwiedza dziennie pięćdziesiąt tysięcy pielgrzymów, w święta może to być nawet około miliona). Sektory w czterech otaczających świątynię ulicach świeciły pustkami, nie trzeba było przychodzić jakoś specjalnie wcześniej, bez problemu można było ustawić się tuż przy barierce i robić zdjęcia.

Po części było tak zapewne dlatego, że te sektory w ogóle tam były. Przestronne, z około dziesięcioma szerokimi betonowymi stopniami, na których można było sobie usiąść, lub stanąć, lub – jak to nieraz zdarzyło nam się widzieć – położyć się i przespać w oczekiwaniu na nadejście bóstwa. Trzeba bowiem wiedzieć, że otaczające świątynię cztery ulice zazwyczaj są już częścią miasta, w Tirumali natomiast stanowiły bardzo wyraźnie jeszcze przestrzeń sakralną i przystosowane były do wydarzeń religijnych.

Sama procesja zaczynała się około pół godziny, lub godzinę przed wyruszeniem samego bóstwa ze świątyni. Idą w niej rozmaite grupy artystów, co czyni całe wydarzenie tak atrakcyjnym, zwłaszcza dla turystów. Dominują różnego rodzaju tancerze, tancerki i muzycy, co jakiś czas pojawiają się jednak grupy mitologiczne, tzn. kilka osób przebranych za bohaterów znanych mitów. Najczęstsze były oczywiście motywy wisznuickie, gdyż głównym bóstwem świątyni jest Wenkateśwara, czyli postać Wisznu właśnie. W procesji pojawiał się albo on sam ze swymi dwoma małżonkami, czasem jako Kryszna lub Rama. Bardzo też rzucał się w oczy jego główny wyznawca, czyli ramajanowy (lecz w sumie nie tylko) Hanuman, który – proszę mi wybaczyć bluźniercze porównanie – pełnił rolę mniej więcej taką jak kaczor Donald w wesołym miasteczku. Biegał między grupami artystów, zaczepiał ich, zagadywał pilnujących porządku policjantów i ogólnie budził powszechną wesołość. Pojawiały się też inne, często na demoniczne istoty, zapewne z bardziej ludowych mitów, które odgrywały występy oparte na interakcji z otoczeniem.

Nawiasem mówiąc artyści ogólnie prezentowali dość szerokie spektrum prezentowanych sztuk, od dość klasycznych (choć prawdziwie klasycznych tancerzy nie było zbyt widać, nie licząc małych dziewczynek, które trudno nazwać profesjonalistkami), po bardzo ludowych. Przy każdej procesji repertuar nieco się różnił. Niestety nie udało mi się dowiedzieć, jak takie trupy są wybierane, choć na podstawie wzmianki jednego z rozmówców („wielu tancerzy i muzyków przyjechało z Tamilnadu”) wnioskuję, że nie są to żadne stałe, miejscowe ekipy. Podejrzewam, że odpowiedni urzędnik (lub całe biuro) co roku odejmuje decyzję o zatrudnieniu tych czy innych grup. Ale to zgadula.

Stałym elementem każdej procesji były natomiast zwierzęta – konie, byki i słonie, będące własnością świątyni (jednego dnia włócząc się z kolegą po mieście trafiliśmy na stajnie). Ich pojawienie się zazwyczaj oznaczało, że bóg jest już niedaleko. Kiedy bowiem trasą procesji maszerowali artyści, odpowiedni ruchomy posąg bóstwa (utsawa-murtti) wynoszony był ze świątyni i zabierany do mandapy (choć bardziej zwykły garaż to był, niezbyt zdobiony), gdzie czekała już odpowiednia wahana, czyli wierzchowiec, na którym Wenkateśwara miał być obwożony. Główną bowiem atrakcją tych procesji i powodem, dla którego pofatygowaliśmy się na kilka, były właśnie różnorodne wahany, do tego jeszcze bardzo ładnie wykonane.

Na zdjęciu widać wahanę o wdzięcznej nazwie Pedda Sesza, czyli Duży Wąż. Brała ona udział w pierwszej procesji, czyli pierwszego dnia wieczorem. Jak mam nadzieję widać jest to elegancki wąż z siedmioma głowami, często pojawiający się w wisznuickiej mitologii Sesza. Z tyłu też był bardzo ładny – bardzo dokładnie odwzorowany kaptur kobry z charakterystycznym okularem. Poza tym podczas kolejnych procesji podczas Brahmotsawam za wahany służą mały wąż (Wasuki, z pięcioma głowami), gęś, lew, drzewo er, Garuda, Hanuman, słońce, księżyc, słoń i koń. Poza tym odbywają się procesje na klasycznym powozie świątynnym, w perłowym palankinie, a także z Wisznu pod postacią Mohini oraz Sarwa Bhupali.

Tuż przed Wenkateśwarą na odpowiedniej wahanie maszerowała oczywiście mała armia mantrujących braminów oraz kilka pochodni. Z zapachu wnoszę, że paliwem, którym nasączono nawinięte na niewielkie obręcze pasy materiału było klarowane masło. Powóz poruszał się powoli i co jakiś czas przystawał. Wielu wiernych całkowicie ignorowało część artystyczną i ożywiało się dopiero na ów darśan (zobaczenie bóstwa i przez bóstwo). Taki postój trwał dłuższą chwilę, pozwalając pielgrzymom skandować do woli „Gowinda Gowinda”, a mi i koledze spokojnie zrobić zdjęcia nie rażąc przy tym uczuć religijnych zebranych.

W momencie postoju wahany zaczynano rozdawanie prasady, które trwało jeszcze jakiś czas po tym, jak procesja ruszyła dalej. Były to owoce, rodzynki, daktyle, orzeszki, duże bryłki cukru i ciepłe słodkie mleko z przyprawami. Na jedynej porannej procesji jaką zaliczyliśmy zamiast słodkiego mleka była pikantna ziołowa maślanka. Trudno było ustalić, czy prasada różniła się jakoś z dnia na dzień, bo nie pchaliśmy się przed wiernych i tylko grzecznie braliśmy co zostało opuszczając sektor, czym najczęściej były kawałki cukru i rodzynki. Ktoś zawsze zadbał, byśmy nie wyszli zupełnie bez niczego.

Kiedy wahana i niesiony za nią przypominający wielki namiot daszek (na wypadek deszczu) mijał całkowicie sektor, oznaczało to koniec procesji. Sektor był otwierany i można było sobie wyjść. Wyjść można też było przez większość części artystycznej, dopiero na samą główną procesję policja i inne służby porządkowe wstrzymywały ruch.

Tyle o procesji, o świątyni samej Tirumali jeszcze będzie w następnym wpisie. Jeśli ktoś chce zobaczyć więcej, na moim kanale na YouTube jest kilka filmików z Brahmotsawam

środa, 26 września 2012

Zdjęcie tygodnia #6 (5 - 11 września): Ave Sakti, Om Maryja!



Chrześcijaństwo w Indiach Południowych wydaje się być bardzo ciekawym zjawiskiem. Piszę „wydaje się”, bo nie mam tak naprawdę żadnych własnych doświadczeń z wyjątkiem tego, o którym będę dziś pisać. W Tamilnadu dość łatwo jest się zapatrzeć na hinduskie świątynie oraz święta, zwłaszcza, jeśli ma się mało czasu. Tak w każdym razie było ze mną – moje dwie poprzednie podróże odbyłam pod hasłem „kino i gopury”, a atrakcje innej natury traktowałam trochę po macoszemu. Teraz, mając przed sobą perspektywę wielomiesięcznego pobytu trochę to nadrabiam. Choć gopur też jeszcze dużo zostało do zobaczenia...

Cóż jest tak ciekawego w chrześcijaństwie indyjskim? Właściwie to samo, co w każdym innym – to, że jest tak mocno przesiąknięte lokalną tradycją. W Europie nie czujemy tego tak bardzo, głównie chyba dlatego, że poszczególne państwa nie różnią się aż tak bardzo między sobą, a poza tym, jak powiada przysłowie, trudno zobaczyć czubek własnego nosa. W Indiach jednak kwestia ta jest wyjątkowo widoczna. W kościołach spotkać można wiele praktyk wydawałoby się typowo hinduskich, od tak niewinnych obyczajowych kwestii jak ściąganie butów, aż po obecność świętych drzew w obrębie kościelnych murów, czy strażników przy wejściu.

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że sam hinduizm jest wyjątkowo skłonny do wchłaniania różnych obiektów kultu i asymilowania ich jako kolejnych postaci, form czy aspektów (wbrew pozorom znacznie rzadziej jako wcieleń) już czczonego bóstwa. Często więc nie jest oczywiste kto i dlaczego odwiedza kościół. Doroczne święto obchodzone w katolickiej bazylice w Welanganni jest tego bardzo dobrym przykładem – podobno około połowa z odwiedzających w tym czasie kościół pielgrzymów to hindusi, którzy postrzegają Maryję z Welanganni jako jedną z postaci bogini Marijamman (o której wspominałam przy okazji święta w miesiącu adi).

Drzewa ani strażników nie zauważyłam, za to może kilkadziesiąt metrów od bazyliki znajdował się oficjalny zakład, w którym można ogolić głowę i przekłuć uszy. Widać było, że usługa cieszy się dużą popularnością – wierni czekali na swoją kolej w długiej kolejce, a w tłumie pielgrzymów dało się zauważyć niejedną łysą głowę. Pierwszy raz w życiu taki zakład widziałam w zeszłym roku w świątyni Muruhana w Tiruttani. Całkowite golenie głowy jest bardzo popularną formą ofiary dla tego bóstwa, którą składają zarówno mężczyźni jak i kobiety. Pokryty chłodzącą pastą czerep może świadczyć równie dobrze o odbyciu pielgrzymki do innego przybytku, np. wisznuickiej świątyni w Tirupati (która mam nadzieję doczeka się własnego wpisu za jakiś czas).

Inną rzeczą, która przykuła moją uwagę, były tacki, z którymi całkiem sporo ludzi (choć wyraźna mniejszość) wchodziło do kościoła. Na tackach leżała najbardziej standardowa ofiara, jaką wnosi się do hinduskiej świątyni – kokos i kwiaty jaśminu. Niestety nie miałam okazji podpatrzeć, co się z tymi tackami działo wewnątrz bazyliki, tłum był tak wielki, że nie udało mi się w ogóle dostać do środka. Za to później zauważyłam, że gotowe tacki sprzedawane są przez zakonnice w oficjalnym stoisku z ofiarami, gdzie poza tym można było nabyć święcony olej, świece oraz srebrne wota.

Ze świętami hinduskimi skojarzyła mi się również dumnie powiewająca flaga wciągnięta na czas dziewięciodniowych obchodów w Welanganni. Jak pisałam przy okazji adi tiruwili, w pierwszy dzień ważnych uroczystości wciąga się na świątynny maszt flagę, która pozostaje tam do końca zazwyczaj wielodniowych obchodów. Choć sama idea może nie wydawać się tak strasznie egzotyczna, to jednak nie widziałam jak dotąd masztu na terenie kościoła.

W ramach dygresji: maszt bazyliki w Welanganni sam w sobie jest dość ciekawy. Mimo – jak mi się przynajmniej wydaje – pełnienia funkcji analogicznej do masztu w świątyniach hinduskich, nie ma on typowej dla tych ostatnich formy. Naśladuje on kształtem maszt statku, co jest nawiązaniem do jednej z legend założycielskich bazyliki i kultu Maryji z Welanganni, która miała wskazać portugalskim żeglarzom bezpieczną drogę do brzegu. Zgodnie z powszechną wersją cudowne objawienia miały miejsce już wcześniej, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności dopiero ukazanie się Europejczykom wywołało większe zainteresowanie i zaowocowało powstaniem kościoła.

Oczywiście poza całą tą egzotyką nie brakło i bardzo swojskich elementów. Oprawa mszy przypominała bardzo msze papieskie, czy inne wyprawiane przy bardziej uroczystych okazjach. Mam nadzieję, że widać to trochę na zdjęciu. W użyciu było wiele języków, bo i wierni przybyli z różnych stron. Z pewnością był angielski, tamilski, malajalam, kannada, konkani, marathi i hindi, nie wiem, jak z innymi. Niestety nie dotrwałam do końca mszy, bo po około trzech godzinach kręcenia się po mieście w gęstym tłumie byłam cała obolała i do tego mokra (indyjski tłum to wyjątkowo ciężkie doświadczenie), a zrobiło się już ciemno i martwiłam się o powrót.

Decyzja była chyba dobra, bo powrót okazał się rzeczywiście ciężki. Ponieważ był to już koniec święta, z powodu dużej ilości dodatkowych autobusów potrzebnych do wywiezienia wszystkich pielgrzymów, zorganizowano prowizoryczne przystanki na przestrzeni kilku kilometrów wokół miasta. Autobus do miejscowości, w której nocowałam nie odchodził już z głównego dworca autobusowego, na którym wysiadłam, lecz musiałam odbyć około półgodzinny spacerek za miasto. W chłodnym wieczornym powietrzu było to całkiem przyjemne, a że ulice pełne były pilnującej porządku policji udało mi się jakoś nie zgubić. Cieszę, że nie musiałam tej drogi odbywać ze wszystkimi innymi.

Oczywiście komfort tego spaceru, siedzącego miejsca w autobusie i znalezienia się w swoim pokoju o przyzwoitej godzinie miał swoją cenę – przegapienie słynnej procesji odbywającej się po mszy. Figury Maryji i różnych świętych szykowane były chyba cały dzień, a na pewno przygotowania były już w toku kiedy przyjechałam dość wczesnym popołudniem. Ponieważ trasa procesji biegnie przez plażę, nie ma mowy o użyciu jakichkolwiek wozów. Posążki obnoszone są w wielkich drewnianych lektykach obwieszonych girlandami kwiatów i ozdobionych lampkami. Największa jest oczywiście lektyka z Maryją, którą nieść musi kilkadziesiąt osób. Szczęśliwych wybrańców łatwo było rozpoznać po oficjalnych podkoszulkach – błekitnych z napisem „car carrier” na piersi. Tej procesji jednak żałuję. Tak samo jak wnętrza bazyliki, którego nie zobaczyłam, choć to akurat łatwo będzie nadrobić po sezonie.

niedziela, 2 września 2012

adi tiruwila - aneks filmowy


Uporządkowanie zdjęć jest dość żmudne, więc jeszcze trochę czasu mi zabierze, a tymczasem, żeby nie było nudno wrzucam filmik. Młodzież na bębnach jak widać bardzo cieszyła się obecnością kamery...

środa, 29 sierpnia 2012

Zdjęcie tygodnia #2 (8 - 14 sierpnia): adi tiruwila



Znakiem rozpoznawczym Tamilnadu były dla mnie zawsze wielkie świątynie z wielopiętrowymi kolorowymi gopurami, ociekającymi bogactwem rzeźby mandapami i lepiącymi się od najrozmaitszych oparów i wielowiekowego syfu wewnętrznymi przybytkami. Tym bardziej gdy myślałam o południowoindyjskim hinduizmie, czy świątynnym święcie, siłą rzeczy narzucał mi się obraz imponującego, około tysiącletniego kompleksu, nieraz skandalicznie zagospodarowanego i nonszalancko pokrytego współczesnymi szkaradnymi malunkami, ale wciąż zachowującego swoją godność i monumentalność. Tym bardziej, że na taką dużą świątynię, której początki giną gdzieś w mrokach dziejów, można tu trafić praktycznie w każdej wsi, a czasem prawie w szczerym polu.

Tymczasem poza tymi wielkimi, słynnymi obiektami istnieje jeszcze niezliczona masa małych świątynek, często o rozmiarach niedużej kapliczki. Oczywiście byłam zawsze świadoma ich istnienia – chodząc po mieście na piechotę mijałam ich bardzo wiele – ale nigdy nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. No, może poza boginią w Puduććeri z rozprutym niemowlakiem na kolanach... Ogólnie jednak nie są to szczególnie ciekawe obiekty. Architekturą przypominają szopkę na szpadle, ozdobione są niezbyt atrakcyjnymi estetycznie gipsowymi rzeźbami pomalowanymi kiepskiej jakości farbami. Ponadto w dzień powszedni nic się tam nie dzieje (w większej świątyni ktoś przynajmniej odprawia ofiarę, da popiołek, albo coś, zawsze jakaś atrakcja dla turysty jest) i można łatwo ulec wrażeniu, że to rzeczywiście tylko kapliczki, którymi nikt się za bardzo nie zajmuje.

Tak jednak nie jest. Mimo niepozornego wyglądu są to świątynie w pełnym tego słowa znaczeniu. Jak ważną rolę odgrywają w religijnym (i nie tylko) życiu lokalnej wspólnoty, przekonać się można zwłaszcza w czasie dorocznych świąt. Wówczas człowiek uczy się raz na zawsze: nigdy nie lekceważ hinduskiej świątyni, nawet jeśli wygląda jak szopka na szpadle!

Kiedy przyjechałam do Tamilnadu, była właśnie połowa miesiąca o wdzięcznej nazwie „adi” (āṭi, w nomenklaturze sanskryckiej – āṣāḍha). W miesiącu tym dają o sobie znać świątynie bogiń. Obchody potrafią być zaskakująco widowiskowe i przyciągają tłumy ludzi, świątynka zaś obstawia się głośnikami i niemal całą dobę raczy okolicę nabożnymi pieśniami, żeby wszyscy mogli uczestniczyć w doniosłości wydarzenia. Hałasowi temu zawdzięczam wiele bezsennych chwil, ale też odnalezienie świątyni w odległości może 400 metrów od mojego mieszkania.

A teraz po kolei, wszystko czego udało mi się dowiedzieć o święcie. Będzie niestety bardzo wiele „chyba”, „prawdopodobnie” i „wydaje mi się”, bo porządnej wiedzy nie posiadam, a nie chcę wyciągać zbyt pochopnych wniosków, skoro mam tak mało własnych doświadczeń.

Po pierwsze, jak już napisałam, adi tiruwila* obchodzona jest w świątyniach bogiń i niestety nie potrafię tego bardziej doprecyzować. Wszystko, czego byłam świadkiem w Ćidambaram kręciło się wokół świątyń Marijamman, ale też i nie widziałam tu świątyń innych bogiń. Jedynym wyjątkiem jest znajdujący się na terenie świątyni Nataradźi przybytek poświęcony jego małżonce – Siwahami, ale tam nic się nie działo. Co nie znaczy, że nie mogło dziać się np. przed moim przyjazdem. 

W internecie, który w kwestii adi tiruwili był wyjątkowo niechętny do udzielania konkretnych informacji (choć wiele jest zdjęć i filmików), znalazłam kilka tropów sugerujących, że święto jednak nie jest zmonopolizowane przez Marijamman i jej wyznawców i obchodzi je się nawet w tak dużych i ważnych ośrodkach jak świątynia Minakszi w Maduraju, czy Kamakszi w Kańćipuram. Ale to tylko internet, który w kwestiach świąt hinduskich potrafi człowieka nieźle wywieść w pole. Poza tym nawet jeśli to prawda, pozostaje pytanie, czy jest to wszędzie wydarzenie równie huczne jak to, co miałam okazję oglądać. W końcu coś, co jest wielkim, albo nawet głównym świętem w jednej świątyni może być wydarzeniem drugorzędnej ważności w innej.

Po drugie, jak sama nazwa wskazuje, święto obchodzone jest w adim, nie ma jednak konkretnej daty. Różne świątynie obchodzą je w różnych terminach. Nie wiem, od czego to zależy i czy jest to właściwie coś istotnego. Nie wiem też, czy konkretna świątynia obchodzi święto zawsze w tym samym terminie (oczywiście z punktu widzenia kalendarza tamilskiego), czy też co roku jest on ustalany od nowa. Ponadto, jak mi powiedziano, nie całe obchody muszą się mieścić a adim, wystarczy, że święto się w nim zacznie. W praktyce nawet to wydaje się być nie zawsze przestrzegane – owa świątynia niedaleko mojego mieszkania zaczęła pierwszego dnia następnego miesiąca, a ludzie nadal utrzymywali, że jest to adi tiruwila. Znów jednak nie mam pojęcia jak bardzo wyjątkowy jest to przypadek.

Święto trwa dziesięć dni. Tak przynajmniej mnie poinformowano i tyle trwało jedyne, które obserwowałam od początku do końca – to spóźnialskie. Jeśli tak jest rzeczywiście, wszystkie święta w Ćidambaram, o których zdobyłam jakąkolwiek informację zaczęły się w piątek. Nikogo o to jeszcze nie spytałam, ale wydaje mi się, że kiedyś gdzieś czytałam, że boginie lubią piątki. Być może stąd dziwny termin obchodów w pobliskiej świątyni. Może ważniejsze było, żeby zacząć w odpowiedni dzień tygodnia, niż koniecznie załapać się na właściwy miesiąc? Ale to zgaduj zgadula.

W pierwszy dzień wciągana jest flaga świątynna, która pozostaje na maszcie przez cały czas trwania święta. Na wielkim ogłoszeniu zapraszających wiernych na obchody (o tym w innym wpisie) dzień ten identyfikowany jest jednak nie jako „dzień, w którym wciąga się flagę”, lecz „dzień, w którym wiąże się kappy”, czyli święty sznureczek. Kiedy stałam w tłumie podczas pierwszego dnia spóźnialskich obchodów, ktoś życzliwy rzeczywiście mi o tym wiązaniu sznureczka mówił. Ma to być znak, że dana osoba uczestniczy właśnie w święcie i spożywa wyłącznie wegetariańskie jedzenie. Prawdopodobnie też zachowują abstynencję seksualną, choć o tym już informator nic nie wspomniał. Nie dopytałam niestety, kto może sobie taki sznureczek zawiązać. Każdy, kto chce, tylko członkowie lokalnej społeczności, czy może tylko osoby zajmujące się daną świątynią?

W kolejne dni, a właściwie noce, w świątyni obok mnie wystawiane były mahabharatowe opowieści. Niestety nie miałam nigdy możliwości uczestniczenia w tym wydarzeniu – właściciel budynku, w którym wynajmuję mieszkanie zamyka bramę o dziesiątej, czyli dużo za wcześnie, by można było się wybrać na przedstawienie. Słuchałam ich za to chcąc nie chcąc codziennie – doskonałe nagłośnienie umożliwiało podziwianie całkowicie niezrozumiałych dialogów i piosenek mniej więcej do trzeciej nad ranem. Znów zastrzegam – nie wiem, czy to reguła. Co prawda uświadomiono mnie na warszawskiej indologii co nieco jeśli chodzi o rolę ludowych przedstawień opartych na Mahabharacie w kulcie bogiń w Tamilnadu, ale wydawało mi się, że chodzi bardziej o kult Draupadi, której święto odbywa się w innym miesiącu... Z drugiej strony ktoś gdzieś kiedyś wiązał Draupadi z Marijamman, podobno. Wiem, skomplikowane to trochę.

W przedostatni dzień odbyła się procesja, w której bogini była uroczyście obwożona kilka godzin bo raptem kilku uliczkach na krzyż. Tu niestety już miałam problemy ze zdrowiem i przegapiłam to wydarzenie.

Punktem kulminacyjnym obchodów jest ostatni dzień, kiedy to odbywa się timidi tiruwila. Timidi znaczy dosłownie chodzenie po ogniu ( = ogień, miti = chód, więc może raczej „ogniowy chód”...) i to właściwie w pełni wyjaśnia istotę tego obrzędu. Jeszcze może tylko gwoli ścisłości warto dodać, że chodzi się nie tyle po ogniu, ile po rozżarzonych węglach. Nie mniej żar jest taki, że praktycznie nie da się podejść na odległość kilku metrów.

Poza chodzeniem po żarze wierni wystawiają swoje ciało na inne próby, by ucieszyć boginię, przede wszystkim przekłuwają się drutami i hakami. Na timidi, na którym byłam, bhaktowie nakładali kawadi (coś co się niesie, nakłada, lub obciąża się tym w dowolny inny sposób; na pewno jeszcze o nim napiszę, najpóźniej w lutym), które podtrzymywało liczne miniaturowe włócznie przekłuwające ich pierś (na zdjęciu). Wcześniej inni wyznawcy obwożeni byli po ulicach miasta wisząc na hakach wbitych w ciało na plecach.

Ze wszystkimi tymi praktykami spotkać się można nie tylko na adi tiruwili. Różnego rodzaju samookaleczanie się wydaje się być jedną z podstawowych cech południowoindyjskiego ludowego hinduizmu i podejrzewam, że jeszcze kilka razy tego typu historie mogą się na tym blogu pojawić. Nie będę ukrywać, że oglądane na żywo, rzeczy te mogą naprawdę szokować. Nie mniej niż ekstaza niektórych wiernych, którzy mogą zdradzać objawy opętania – jeden człowiek zaczął się rzucać kilka kroków ode mnie, co wystraszyło mnie bardziej niż wszystko inne razem wzięte.

*W języku tamilskim wszystko, co nie jest istotą rozumną, jest rodzaju nijakiego i zazwyczaj staram się przenieść to na język polski. Czasem jednak podświadomie narzuca się co innego. W sumie dopiero pisząc tę notkę uświadomiłam sobie, że zawsze mówiłam i myślałam „ta wila” i „ta tiruwila”. Na razie więc macham na to ręką i tak to zostawiam.

P.S. W ciągu kilku dni dorzucę obrazkowy aneks do wpisu.