czwartek, 11 października 2012

Zdjęcie tygodnia #8 (19 - 25 września): śladami bhakti - Sirhali



Miałam kilka dobrych powodów, by odwiedzić Sirhali. Pierwszym z nich jest to, że ono po prostu tu jest – około dwadzieścia kilometrów od Ćidambaram, nieco ponad pół godzinki autobusem, który odchodzi praktycznie co chwilę. W sam raz na krótką wycieczkę, dla której ani nie trzeba zrywać się z zajęć, ani wydawać pieniędzy na nocleg. Można spokojnie podjechać w weekend i jeszcze zostanie mnóstwo czasu na zwykłe leniuchowanie. Na dobrą sprawę dało by się nawet wybrać tam po lekcjach i wrócić na wczesną kolację, aczkolwiek jeszcze nie osiągnęłam poziomu aklimatyzacji pozwalającego na tak wielką aktywność (inna sprawa, że w ogóle nie jestem jakoś szczególnie aktywna z natury).

Zatem pojechałam tam, bo trwa semestr i nie ma za bardzo czasu na dalsze wojaże, mi też nie chciało się za bardzo nic robić, ale przesiedzenia całego weekendu w pokoju (no dobra, i w kinie) bym sobie nie darowała. Mam zresztą całą długą listę takich miejsc na krótkie wycieczki. W związku z czym wypada się wytłumaczyć, dlaczego właśnie Sirhali poszło na pierwszy ogień.

Pierwszy raz w pełni świadomie zarejestrowałam nazwę tej miejscowości podczas lektury fenomenalnej książki profesora Davida Schulmana Tamil Temple Myths, a konkretnie przy starannym studiowaniu rozdziału o mitach związanych z potopem, który był mi potrzebny do licencjatu. Historia opisana w tala-puranie (utworze opisującym mitologiczną historię świątyni, sans. sthala-purana) z Sirhali została tam przytoczona jako jeden z kilku przykładów na realizację powszechnego modelu historii, w której świątynia przetrwała wielki kończący świat potop, po czym stała się miejscem, z którego rozpoczyna się nowy akt stworzenia. W mitach tych ważną rolę odgrywa coś, co przetrwało potop. Często są to wedy i inne święte teksty, czasem też w świątyni schronienia szukają bogowie. Historia z Sirhali zwróciła moją uwagę, gdyż tam pod opiekę Śiwy na czas potopu oddają się sześćdziesiąt cztery sztuki*. A także tym, że bardzo wyraźnie pojawia się tam motyw łódki, od której zresztą pochodzi imię jednego z głównych wizerunków Śiwy w świątyni – Tonijappar.

To mój kolejny powód – chciałam zobaczyć świątynię Śiwy na łódce. Przede wszystkim jednak Sirhali zajmuje szczególne miejsce w kulturze tamilskiej ze względu na związek z wczesnym ruchem bhakti – stąd tytuł dzisiejszego wpisu.

Krótkie wyjaśnienie dla nieindologów: bhakti to forma religijności, której centralnymi elementami są żarliwa pobożność, całkowite oddanie bóstwu i pełna zależność od jego łaski. W łonie samego hinduizmu postawa ta przeciwstawiała się bardzo mechanicznemu rytualizmowi, a także sztywnemu już wtedy porządkowi społecznemu. Historie bhakti często mówią o tym, jak to bogu szczególnie miłe okazuje się spontaniczne, z pozoru nawet bluźniercze zachowanie, ponieważ sprawcą kierowała szczera miłość i chęć służenia. W dużym przybliżeniu jest to ideologia wdowiego grosza – liczy się nie obiektywna wartość ofiary, lecz jej subiektywna wartość dla ofiarnika.

Bhakti jako ruch religijny narodziło się właśnie na samym południu Indii, gdzie odegrało rolę hinduskiej kontrreformacji – odciągnęło wiernych od dominujących wówczas buddyzmu i dźinizmu. Jego szczególnie prominentnymi postaciami byli wędrowni poeci, którzy swoje żarliwe uczucia ubrali w piękną tamilszczyznę. Ich twórczość stała się podstawą dwóch kanonów religijnych – wisznuickiego i śiwaickiego.

Sirhali związane jest z jednym z najważniejszych z owych poetów i w ogóle jednym z najważniejszych poetów w historii tamilskiej literatury – Tiruńana Sambandarem. Tu właśnie się narodził i tu jako malutkie dziecko (trzyletnie, jeśli pamięć nie myli) miał zostać napojony przez Parwati mlekiem wiedzy, pod którego wpływem natychmiast zaczął tworzyć swoje słynne hymny i wyruszył na pielgrzymkę.

Sambandar był poetą śiwaickim. Jednak Sirhali znajdziemy i na mapie wisznuickich miejsc pielgrzymkowych. Tutejszą oraz jedenaście okolicznych świątyń sławił inny ważny poeta bhakti – Tirumangej. Na marginesie, według tradycji miał tu przybyć właśnie na zaproszenie Sambandara, który chciał się z nim zmierzyć w debacie (czy też konkursie poetyckim). Wydarzenia tego nie znajdziemy jednak w bibliografii (hagiografii) śiwaity, gdyż dla tego zwycięzcy wielu potyczek z buddystami i dźinistami Tirumangej miał się okazać przeciwnikiem zbyt trudnym. Nie będę jednak wchodzić głębiej w interpretację tego wydarzenia. Może poeci nigdy się nie spotkali, a epizod stworzyli wisznuici w celu nobilitacji swojego świętego, a może nie było żadnego konkursu, tylko przyjacielska wizyta? W końcu wisznuici i śiwaici nie rywalizowali w tym okresie ze sobą tak bardzo, kiedy poważniejszym problemem był wspólny wróg – dźiniści i buddyści?

W tygodniu, którego dotyczy ta na notka nie udało mi się odwiedzić świątyni wiszuickiej. Może będzie to temat na inny wpis. Obejrzałam sobie za to spokojnie przybytek śiwaicki, z którego właśnie pochodzi dzisiejsze zdjęcie. Spokojnie, ale też nie tak dokładnie,więc pewnie i tam jeszcze wrócę. Zwłaszcza, że to tak niedaleko.

Najciekawszym elementem świątyni jest to, że ma ona piętrowy główny przybytek, zaś na każdym z trzech poziomów znajduje się inna postać Śiwy. Podobno jest kilka takich kilkupoziomowych świątyń w Tamilnadu, jednak żadnej nie widziałam.

Na samym dole znajduje się Brahmapuriśwarar, Śiwa pod postacią lingi. Wierzy się, że jest to swajambhulinga, czy linga, która powstała, czy też objawiła się sama z siebie. Na pierwszym piętrze zobaczyć można Tonijappara, czyli Śiwę będącego bohaterem przytoczonej już historii o powodzi. Podobno taras ma mieć kształt łódki, ale jakoś umknęło to mojej uwadze. Trudno za to nie zauważyć, że obok wysokiego posągu Śiwy stoi w przybytku niewiele niższa Parwati – rzecz nie tak znowu częsta.

Na najwyższym poziomie znajduje się Sattejnadar, czyli Śiwa, który pod postacią myśliwego miał przywołać do porządku Wisznu, gdy ten wpadł w nadmierną pychę po jednym ze swoich dokonań (konkretnie chodziło o epizod z królem Balim i trzema krokami). Tego wizerunku nie udało mi się zobaczyć, bo kiedy przyszłam do świątyni akurat nie było prądu, a Sattejnadar umieszczony jest ponad głowami pielgrzymów i zwiedzających, a przez małe okienko, niższe niż posąg, nie wpadają promienie słońca. Przy braku elektrycznego oświetlenia widać było tylko stopy bóstwa oświetlone płomieniem małej lampki. Nie ukrywam, że miało to swój urok. Sporą atrakcją była też dla mnie możliwość spojrzenia na kompleks świątynny z góry.

No i na koniec jest na terenie świątyni osobny przybytek poświęcony Tiruńana Sambandarowi. Nie jakaś kapliczka, ale prawdziwy przybytek, normalna oddzielna świątynia z własnym murem i mandapami. Ona to zresztą widnieje właśnie na zdjęciu tygodnia jako dobry przykład południowoindyjskiej architektury świątynnej. Sam piętrowy przybytek Śiwy nie jest, muszę przyznać, tak estetyczny. Jak każdą świątynię, tę w Sirhali wiele razy przebudowywano i w tym wypadku nadało to jej troszkę charakteru małej wieży Babel. Co nie zmienia faktu, że zobaczyć ją warto.

*sześćdziesiąt cztery to jedna z bardzo lubianych przez kulturę indyjską liczb, stąd bardzo wiele list ma dokładnie sześćdziesiąt cztery pozycje. Może to tworzyć złudzenie, że chodzi o jedną, konkretną listę, w rzeczywistości jednak jest ich bardzo wiele i nieraz rozbieżności są bardzo duże. Wiadomo więc, że sztuk jest sześćdziesiąt cztery, ale jakie to sztuki/umiejętności konkretnie, to już inna sprawa.

wtorek, 2 października 2012

Zdjęcie tygodnia #7 (12 - 18 września): chwila wytchnienia


 O stypendium indyjskie starałam się wraz z dwójką przyjaciół ze studiów. Mnie los (w postaci indyjskich urzędników) zawiódł do Ćidambaram, oni wylądowali w Ćennaju. To zdecydowanie przyspieszyło moje odwiedziny w tym mieście, a także wpłynęło na plany spędzania tam czasu. Gdybym była sama, ustaliłabym sobie zapewne bardziej edukacyjny program zwiedzania – zabytki, świątynie itp. Może nawet w końcu by się udało, bo byłam w Ćennaju już dwa razy i jak dotąd nie mam zbyt wielkich osiągnięć... Ale ze znajomymi, jak ja cierpiącymi ciągle katusze aklimatyzacji, miałam ochotę na coś zdecydowanie bardziej relaksującego i rozrywkowego. Tak pojawił się pomysł – chodźmy do Zoo!

W Ćennaju i bliskiej okolicy są dwa ogrody zoologiczne – w leżącym na obrzeżach miasta Kindi (tudzież Gindi, ang. Guindy) i w Wandalurze (ang. Vandalur), nieco dalej na południowy zachód. Poza tym na pewno znalazł by się jeszcze jakiś krokodyli, ptasi lub wężowy park, których jest w Tamilnadu całkiem sporo, ale tak wyspecjalizowane miejsca nas chwilowo nie interesowały. Kindi w końcu też odpadło, bo z informacji wynikało, że nie mają dzikich kotów (choć były przejażdżki na słoniu!), zatem padło na Wandalur.

Jak twierdzi ciocia Wikipedia, zaliczyliśmy ważną atrakcję. Wg podanych na (bardzo obszernej) angielskiej stronie informacji wandalurskie Zoo jest największym publicznym ogrodem zoologicznym w Indiach i jednocześnie, jako założone w 1855. roku, może pochwalić się palmą pierwszeństwa w skali kraju. Naturalnie jego wiek nie miał dla nas w praktyce wielkiego znaczenia. Za to rozmiar nęcił i onieśmielał. W ostatecznym rozrachunku wandalurskie Zoo pod wieloma względami mnie zaskoczyło i gdybym była w gorszym humorze lub towarzystwie, prawdopodobnie można by to nazwać rozczarowaniem. Nie zabrakło jednak niespodzianek bardzo pozytywnych i koniec końców uważam, że była to dobra decyzja i bardzo przyjemnie spędzony czas.

Podstawowym zaskoczeniem było to, że Wandalur przypomina znacznie bardziej park przyrody, a miejscami nawet rezerwat, niż znane mi z Polski ogrody zoologiczne, gdzie na niedużej przestrzeni można zobaczyć wiele egzotycznych stworzeń z całego świata. Z początku zareagowałam na to jak typowy zepsuty Europejczyk żądny własnej rozrywki, a nieczuły na krzywdę stworzeń, których kosztem miałaby ona być dostarczona. Co to za Zoo, pomyślałam sobie, jak trzeba zasuwać czasem kilkaset metrów od jednej zagrody z burym jelonkiem do drugiej, a on jeszcze drań się schował w krzakach, zamiast stać przy barierce i pozować do zdjęcia. Na szczęście chyba zostało we mnie jeszcze trochę serca, bo ostatecznie indyjski system podoba mi się bardziej.

W Wandalurze jest całkiem sporo klatek i betonowych wybiegów, jednak pokaźną ilość zwierząt można zobaczyć praktycznie w ich naturalnym środowisku. Zwłaszcza, że znajdują się tam niemal wyłącznie okazy fauny indyjskiej, a zwierzęta pochodzące z innych krajów należą chyba wszystkie do tej samej strefy klimatycznej, zatem owego naturalnego środowiska nie trzeba było jakoś pieczołowicie rekonstruować. Z tego, co udało nam się obejrzeć chyba największe wrażenie zrobił na mnie teren z ptakami wodnymi widoczny na zdjęciu. Ptaków nie było może jakoś rewelacyjnie widać, no ale czy ten widok sam w sobie nie jest przyjemny?

I tu doszłam do tego, co okazało się główną atrakcją parku. Wcale nie zwierzęta – ostatecznie wiem jak wygląda tygrys lub słoń – lecz zieleń, cisza, świeże powietrze i możliwość pospacerowania. Każdy kto był w Indiach choć raz wie, jak rzadko spotykane są to tu luksusy. Agni na swym blogu niedawno pisała bardzo trafnie o wszechobecnym hałasie. Mam nieraz wrażenie, że Indusi nawet nie starają się być cicho, bo nie przychodzi im do głowy, że to może komukolwiek przeszkadzać. Tymczasem w Zoo, poza zwykłym gwarem ludzkich głosów w głównej alejce, było naprawdę cicho. Parę razy zawędrowaliśmy gdzieś głębiej, gdzie był już tylko śpiew ptaków i delikatny szelest liści.

No właśnie, te liście to kolejna rzecz przykuwająca uwagę. Wszyscy oczywiście zawsze podkreślają, jak to w Indiach jest kolorowo, ale rzadko się wspomina, że zieleń naturalnego pochodzenia nawet w niedużych miastach praktycznie nie występuje. Są oczywiście drzewa i krzewinki, przede wszystkim jednak widzi się beton, asfalt i kurz. Jak w związku z tym wygląda sprawa świeżego powietrza nie muszę chyba mówić. Już sam ten kurz wystarczy, by uprzykrzyć człowiekowi życie, a do tego jeszcze dochodzą spaliny i – jak to mawiał Han Solo – odkrywamy niepowtarzalny bukiet zapachów. W Zoo oczywiście bukiet też bywa ciekawy jeśli podejdziemy blisko do zagrody z szakalami lub czymś podobnym, ale o dziwo tylko wtedy.

I na koniec sprawa spacerów. Jest to coś, co naprawdę uwielbiam – iść przed siebie, nieraz bez konkretnego celu, a myślami przenieść się w swój wewnętrzny świat. Kolejna przyjemność, o którą w indyjskich miastach niełatwo. Częściowo przyczyną jest wspomniany hałas, częściowo to, że trzeba ciągle patrzeć pod nogi, a częściowo ogromna ilość ludzi na ulicy, którzy jeszcze nieraz aktywnie atakują uwagę przechodnia. Bo oczywiście nie zobaczyłabym rzędu żółtych ryksz, gdyby ich kierowcy nie wołali „madam, auto!” i wielu innych rzeczy też bym się sama nigdy nie domyśliła. O kurtuazyjnym „hello, how are you?” już nie wspominam. Mówiąc krótko, żeby sobie spokojnie pochodzić trzeba kupić bilet do Zoo. Są nawet śmietniki i ławeczki – udogodnienia spotykane niestety bardzo rzadko.

Skoro już mowa o infrastrukturze, warto wspomnieć o oznaczeniach. Na poziomie informacyjnym były całkiem niezłe, choć wiele dałoby się poprawić. Parę razy nie trafiliśmy do zwierząt, które chcieliśmy zobaczyć, ale też przyznajmy uczciwie, że nie staraliśmy się za bardzo. Zazwyczaj znaki wiodły nas tam, gdzie powinny. Osobnej rozrywki dostarczały jednak plansze o charakterze pedagogicznym, tudzież zakazy. Moi osobiści faworyci to zakaz uryny na zewnątrz ("urine outside prohibited", uczciwie trzeba zaznaczyć, że władze parku umożliwiły przestrzeganie tego zakazu - sporo jest na trasie toalet) i dobrotliwa rada, by uważać na jelenie, węże itp.

Oczywiście nie udało nam się obejrzeć wszystkiego. Choć spędziliśmy tam prawie cztery godziny i z grubsza obeszliśmy główną trasę, ominęliśmy wiele wiodących w bok dróżek. Nie skorzystaliśmy też z jednej z głównych atrakcji, czyli lwiego safari. Żeby obejrzeć całe wandalurskie Zoo trzeba naprawdę spędzić w nim cały dzień. Jeśli ktoś by się na to zdecydował, gorąco polecam zabranie własnego termosu z herbatą i dużej ilości kanapek, bo niestety na całym tym ogromnym terenie nie ma możliwości kupienia czegoś do picia i choćby drobnej przekąski. Bar znajduje się dopiero przy wyjściu, co w pewnym momencie mocno odczuliśmy. Dobrze, że znajomi wzięli większy zapas wody, niż ja i jeszcze dali się z niej wydoić...

Podsumowując: Zoo polecam jako ucieczkę z miasta i możliwość poobcowania z naturą. Lub raczej jako namiastkę tego ostatniego - nie należy zapominać, że w Tamilnadu są rezerwaty z prawdziwego zdarzenia i wiele innych miejsc dla miłośników przyrody. Jeśli ktoś dysponuje ograniczonym czasem, być może nie warto. Za siebie mogę jednak powiedzieć, że bardzo odpoczęłam psychicznie i była to miła odmiana.

środa, 26 września 2012

Zdjęcie tygodnia #6 (5 - 11 września): Ave Sakti, Om Maryja!



Chrześcijaństwo w Indiach Południowych wydaje się być bardzo ciekawym zjawiskiem. Piszę „wydaje się”, bo nie mam tak naprawdę żadnych własnych doświadczeń z wyjątkiem tego, o którym będę dziś pisać. W Tamilnadu dość łatwo jest się zapatrzeć na hinduskie świątynie oraz święta, zwłaszcza, jeśli ma się mało czasu. Tak w każdym razie było ze mną – moje dwie poprzednie podróże odbyłam pod hasłem „kino i gopury”, a atrakcje innej natury traktowałam trochę po macoszemu. Teraz, mając przed sobą perspektywę wielomiesięcznego pobytu trochę to nadrabiam. Choć gopur też jeszcze dużo zostało do zobaczenia...

Cóż jest tak ciekawego w chrześcijaństwie indyjskim? Właściwie to samo, co w każdym innym – to, że jest tak mocno przesiąknięte lokalną tradycją. W Europie nie czujemy tego tak bardzo, głównie chyba dlatego, że poszczególne państwa nie różnią się aż tak bardzo między sobą, a poza tym, jak powiada przysłowie, trudno zobaczyć czubek własnego nosa. W Indiach jednak kwestia ta jest wyjątkowo widoczna. W kościołach spotkać można wiele praktyk wydawałoby się typowo hinduskich, od tak niewinnych obyczajowych kwestii jak ściąganie butów, aż po obecność świętych drzew w obrębie kościelnych murów, czy strażników przy wejściu.

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że sam hinduizm jest wyjątkowo skłonny do wchłaniania różnych obiektów kultu i asymilowania ich jako kolejnych postaci, form czy aspektów (wbrew pozorom znacznie rzadziej jako wcieleń) już czczonego bóstwa. Często więc nie jest oczywiste kto i dlaczego odwiedza kościół. Doroczne święto obchodzone w katolickiej bazylice w Welanganni jest tego bardzo dobrym przykładem – podobno około połowa z odwiedzających w tym czasie kościół pielgrzymów to hindusi, którzy postrzegają Maryję z Welanganni jako jedną z postaci bogini Marijamman (o której wspominałam przy okazji święta w miesiącu adi).

Drzewa ani strażników nie zauważyłam, za to może kilkadziesiąt metrów od bazyliki znajdował się oficjalny zakład, w którym można ogolić głowę i przekłuć uszy. Widać było, że usługa cieszy się dużą popularnością – wierni czekali na swoją kolej w długiej kolejce, a w tłumie pielgrzymów dało się zauważyć niejedną łysą głowę. Pierwszy raz w życiu taki zakład widziałam w zeszłym roku w świątyni Muruhana w Tiruttani. Całkowite golenie głowy jest bardzo popularną formą ofiary dla tego bóstwa, którą składają zarówno mężczyźni jak i kobiety. Pokryty chłodzącą pastą czerep może świadczyć równie dobrze o odbyciu pielgrzymki do innego przybytku, np. wisznuickiej świątyni w Tirupati (która mam nadzieję doczeka się własnego wpisu za jakiś czas).

Inną rzeczą, która przykuła moją uwagę, były tacki, z którymi całkiem sporo ludzi (choć wyraźna mniejszość) wchodziło do kościoła. Na tackach leżała najbardziej standardowa ofiara, jaką wnosi się do hinduskiej świątyni – kokos i kwiaty jaśminu. Niestety nie miałam okazji podpatrzeć, co się z tymi tackami działo wewnątrz bazyliki, tłum był tak wielki, że nie udało mi się w ogóle dostać do środka. Za to później zauważyłam, że gotowe tacki sprzedawane są przez zakonnice w oficjalnym stoisku z ofiarami, gdzie poza tym można było nabyć święcony olej, świece oraz srebrne wota.

Ze świętami hinduskimi skojarzyła mi się również dumnie powiewająca flaga wciągnięta na czas dziewięciodniowych obchodów w Welanganni. Jak pisałam przy okazji adi tiruwili, w pierwszy dzień ważnych uroczystości wciąga się na świątynny maszt flagę, która pozostaje tam do końca zazwyczaj wielodniowych obchodów. Choć sama idea może nie wydawać się tak strasznie egzotyczna, to jednak nie widziałam jak dotąd masztu na terenie kościoła.

W ramach dygresji: maszt bazyliki w Welanganni sam w sobie jest dość ciekawy. Mimo – jak mi się przynajmniej wydaje – pełnienia funkcji analogicznej do masztu w świątyniach hinduskich, nie ma on typowej dla tych ostatnich formy. Naśladuje on kształtem maszt statku, co jest nawiązaniem do jednej z legend założycielskich bazyliki i kultu Maryji z Welanganni, która miała wskazać portugalskim żeglarzom bezpieczną drogę do brzegu. Zgodnie z powszechną wersją cudowne objawienia miały miejsce już wcześniej, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności dopiero ukazanie się Europejczykom wywołało większe zainteresowanie i zaowocowało powstaniem kościoła.

Oczywiście poza całą tą egzotyką nie brakło i bardzo swojskich elementów. Oprawa mszy przypominała bardzo msze papieskie, czy inne wyprawiane przy bardziej uroczystych okazjach. Mam nadzieję, że widać to trochę na zdjęciu. W użyciu było wiele języków, bo i wierni przybyli z różnych stron. Z pewnością był angielski, tamilski, malajalam, kannada, konkani, marathi i hindi, nie wiem, jak z innymi. Niestety nie dotrwałam do końca mszy, bo po około trzech godzinach kręcenia się po mieście w gęstym tłumie byłam cała obolała i do tego mokra (indyjski tłum to wyjątkowo ciężkie doświadczenie), a zrobiło się już ciemno i martwiłam się o powrót.

Decyzja była chyba dobra, bo powrót okazał się rzeczywiście ciężki. Ponieważ był to już koniec święta, z powodu dużej ilości dodatkowych autobusów potrzebnych do wywiezienia wszystkich pielgrzymów, zorganizowano prowizoryczne przystanki na przestrzeni kilku kilometrów wokół miasta. Autobus do miejscowości, w której nocowałam nie odchodził już z głównego dworca autobusowego, na którym wysiadłam, lecz musiałam odbyć około półgodzinny spacerek za miasto. W chłodnym wieczornym powietrzu było to całkiem przyjemne, a że ulice pełne były pilnującej porządku policji udało mi się jakoś nie zgubić. Cieszę, że nie musiałam tej drogi odbywać ze wszystkimi innymi.

Oczywiście komfort tego spaceru, siedzącego miejsca w autobusie i znalezienia się w swoim pokoju o przyzwoitej godzinie miał swoją cenę – przegapienie słynnej procesji odbywającej się po mszy. Figury Maryji i różnych świętych szykowane były chyba cały dzień, a na pewno przygotowania były już w toku kiedy przyjechałam dość wczesnym popołudniem. Ponieważ trasa procesji biegnie przez plażę, nie ma mowy o użyciu jakichkolwiek wozów. Posążki obnoszone są w wielkich drewnianych lektykach obwieszonych girlandami kwiatów i ozdobionych lampkami. Największa jest oczywiście lektyka z Maryją, którą nieść musi kilkadziesiąt osób. Szczęśliwych wybrańców łatwo było rozpoznać po oficjalnych podkoszulkach – błekitnych z napisem „car carrier” na piersi. Tej procesji jednak żałuję. Tak samo jak wnętrza bazyliki, którego nie zobaczyłam, choć to akurat łatwo będzie nadrobić po sezonie.

piątek, 21 września 2012

miesiąc z kinem indyjskim: sierpień

Jeszcze przed wyjazdem do Indii, kiedy podjęłam decyzję o ożywieniu bloga na czas stypendium, postanowiłam, że z obejrzanych filmów będę się spowiadać raz na miesiąc. Niestety muszę ze wstydem przyznać, że pierwszy wpis nie będzie zbyt bogaty. O ile podczas poprzednich wyjazdów biegałam do kina jak pies z chorym pęcherzem, tym razem przez cały sierpień na salę kinową zawędrowałam tylko raz. Cóż, bywa. Przynajmniej będzie więcej miejsca na moje przemyślenia na temat tego konkretnego filmu, którym jest:

Atta katti*


Tamilowie zawsze potrafili robić bardzo dobre realistyczne filmy. Filmy wiernie oddające zarówno wygląd Tamilnadu, jak i stosunki społeczne i życie zwykłego człowieka, z którym łatwo się utożsamić widzowi. Filmy z autentycznym, wiarygodnym scenariuszem, opowiadającym historię, która mogła wydarzyć się na sąsiedniej ulicy, czy w sąsiedniej wsi. Mam jednak wrażenie, że w ciągu ostatniej dekady realistyczni twórcy szczególnie upodobali sobie najmroczniejsze strony życia i wyjątkowo tragiczne, często krwawe zakończenia. Może to tylko kwestia doboru filmów, a nie rzeczywisty trend, jeśli jednak moja obserwacja jest słuszna, to rozszerzyłabym ją o dodatkowe spostrzeżenie: sytuacja powoli się zmienia. Niezależnie jednak od tego jak Atta katti wpisuje się w szersze nurty kina tamilskiego, można ten film scharakteryzować słowami: realistyczny, lekki i beztroski. Czy optymistyczny? Cóż, to już zależy jak bardzo jest się przyzwyczajonym do romantycznych schematów, bo film z wielu się podśmiewa i poddaje je w wątpliwość.

Nie powinno to zresztą dziwić, skoro reżyser jest byłym asystentem Wenkata Prabu (Ćennaj 600028, Sarodźa, Goa, Mangatta), którego znakiem rozpoznawczym jest atakowanie z humorem utartych szablonów. Atta katti posiada wszystkie te cechy, lecz jednocześnie brak mu też typowego dla Wenkata pastiszowego przerysowania, co wielu widzom może przypaść do gustu.

Film przeprowadza nas przez bóle dorastania młodzieńca z niedużej podćennajskiej miejscowości. Chłopak jest właśnie w wieku, w którym od stania blisko dziewczyny tętno mocno wzrasta, a wyobraźnię ma uformowaną przez historie o wielkiej sile prawdziwej miłości zrodzonej ze spotkania oczu. Tylko co zrobić skoro spojrzenie niemal każdej dziewczyny budzi takie same emocje? Jednocześnie surowa obyczajowość w której żyje praktycznie uniemożliwia mu robienie czegokolwiek więcej, niż spoglądanie, czy ewentualnie podrzucanie liścików...

Obserwujemy całą serię wielkich przygód i uniesień miłosnych, w których bohaterowie praktycznie ze sobą nie rozmawiają. Później, w latach college'owych dochodzi do bardziej bezpośredniego kontaktu, ale i tak trudno powiedzieć, by coś poważniejszego zaszło. Chłopcy bez większych oporów "flirtują" z kilkoma dziewczynami na raz, przez co dziewczyny czują sie straszliwie zdradzone. Dziewczyny lubią być adorowane z oddali, ale nie chcą żadnych kłopotów i uciekają przed zobowiązaniami, przez co chłopcy czują się strasznie zdradzeni. Sama strasznie poważne sprawy - dla zainteresowanych. Dla postronnych - czyste głupstwo. Dla widza - dość zabawne studium dramatów tamilskiej młodzieży.

*Systematycznie bojkotuję idiotyczny niby-angielski zapis tamilskich słów i używam spolszczeń możliwie najlepiej oddających wymowę. Dla porządku jednak oto wersja w obcym języku:

Atta katti - Atta kathi
Wenkat Prabu - Venkat Prabhu
Ćennaj 600028 - Chennai 600028
Sarodźa - Saroja
Mangatta - Mankatha

P.S. We wrześniu już poszło mi lepiej.